14/01/2026
Nigdy nie byliśmy “zbieraczami” krajów. Podróżowaliśmy tam gdzie mieliśmy ochotę i jeśli jakiś kraj podobał nam się bardzo i był warty kolejnych wizyt, to nie zastanawialiśmy się i zwiedzaliśmy jego kolejne fragmenty. Od pewnego czasu jednak zaczęliśmy zwracać uwagę, że tych krajów trochę już się uzbierało. Meksyk był naszym numerem 40., Japonia 44., a Indie 48. Wtedy też urodził się pomysł, że ten 50. kraj musi być wyjątkowy. Tak padło na Nową Zelandię.
I mimo że to czysta symbolika, to cieszymy się nieziemsko, że nasz wybór padł właśnie na nią. Bo Nowa Zelandia to nie tylko 50. państwo które odwiedziliśmy, to przede wszystkim najpiękniejsze miejsce gdzie dane nam było postawić stopę.
Północna wyspa jest przepiękna i różnorodna, niesamowite miejscowości nad oceanem, zielone góry i pagórki, wulkany, sekwoje czy foki i pingwiny. Jest tam też ikoniczny Hobbiton, który przyciąga fanów Władcy Pierścienia (Zlatan), jak i osoby które chcą po prostu przeżyć coś wyjątkowego (Domi). Jeśli coś negatywnego możemy powiedzieć o tej wyspie, to to że jest TYLKO przepiękna. Naprawdę cudowna, ale podobna do wielu innych miejsc na świecie. Ciągle wybitna, ale jednak znajoma. Podczas gdy południowa wyspa jest… NIE Z TEGO ŚWIATA.
Na południu znajdziecie wszystko: zaśnieżone w środku lata Alpy, krystalicznie czyste jeziora, wyrzucające z butów fiordy, kilkutysięczne góry, które stykają się z oceanem, zielone doliny czy lodowce. Na południowej wyspie wszystko co najpiękniejsze przeplata się ze sobą, a po przejechaniu 50 km stajecie przed kompletnie nowym krajobrazem. Drzewa wyrastające po środku jeziora? Wioski tak małe i tak słabo oświetlone, że nocą niebo eksploduje gwiazdami? Zielone góry, które można pomylić z Hawajami? Wszystko jest!
Przeżyliśmy w Nowej Zelandii przygodę życia. 23 dni pełne przygód, jeżdżenia po lewej stronie drogi, pływania motorówką po wybrzeżu, latania dwupłatowcem nad fiordami, oglądania Góry Przeznaczenia czy picia piwa w hobbiciej norze.
Nowa Zelandia ma też oczywiście swoje minusy: ich kuchnia to mix USA i Wielkiej Brytanii i od tych tłuszczów nasyconych nie mieścimy się już w nic. Bliskość do Antarktydy dała nam w kość na południu, a cyklon znad Fidżi męczył nas na północy. Widzieliśmy tylko i aż 70% rzeczy, które chcieliśmy, a oboje braliśmy w czasie tego wyjazdu antybiotyk, bo pogoda była naprawdę nieokiełznana i zdradziecka. Mimo to uważamy, że ten kraj to apogeum naszych wyjazdów. Nigdy wcześniej wyjeżdżając skądś nie czuliśmy się tak podróżniczo spełnieni.
Kia Ora New Zealand!