10/09/2026
Pięć lat temu byliśmy w Tanzanii. Wtedy wydawało się, że to podróż życia i mieliśmy solidne podstawy, by tak myśleć. Multum gatunków zwierząt, zimno ale też piękno afrykańskich poranków, słońce wschodzące nad sawanną, charakterystyczne drzewa skąpane w jego blasku. Cztery idealne dni w towarzystwie świetnych ludzi i świetnego przewodnika. Wyprawa idealna… niemalże. Ta refleksja przyszła tylko dlatego, że właśnie wracamy z jeszcze lepszego miejsca - Namibii.
Zacznijmy od najważniejszego: Namibia to nie tylko zwierzęta. Na południu mamy Sosussvlei, czyli ogromne pomarańczowe wydmy, po których wspinaliśmy się, co przetransportowało nas do świata Lawrance’a z Arabii, Gwiezdnych Wrót czy Mumii. Tuż u ich podnóża czekało za to Deadvlei, czyli martwa dolina z wyschniętymi, a raczej zamrożonymi w czasie, drzewami. Kiedy pustynia nam się znudziła, przenieśliśmy się nad Ocean Atlantycki, gdzie w niemieckim Swakompund piliśmy „lokalne” piwo oraz staraliśmy się zobaczyć ikoniczny Sandwich Harbour, jednak mgła miała inne plany. Potem był Damaraland czyli niepowtarzalne krajobrazy pustynnych gór i pustynnych słoni, które zaadaptowały się do życia w najtrudniejszych na planecie warunkach.
Z całym szacunkiem dla Tanzanii, ale ona takich atrakcji po prostu nie ma. Tam znajdziemy Zanzibar, który nas absolutnie odpycha agresywnymi tubylcami. Cóż nam po cudownym oceanie i niesamowitych plażach, jeśli nie możemy się nimi nacieszyć przez 5 minut w spokoju? Oczywiście na korzyść Namibii przemawia też fakt, że mogliśmy ją zjeździć samodzielnie, gdyż jest bezpieczna i pomimo fatalnego stanu dróg, przejezdna. A kraj mniej turystyczny jest bardziej autentyczny i tym samym bardziej przystępny. W Tanzanii byliśmy ograniczeni do tego, co oferowali przewodnicy, także nawet jeśli kraj ten skrywa niebywałe piękno poza Serengeti, to my do dzisiaj tego nie wiemy. W Nambii wszystko załatwialiśmy na własną rękę. Dostęp jest w takich przypadkach nieoceniony!
A jak było ze zwierzętami? Znowu trzeba tu zrobić porównanie. W Tanzanii naprawdę było wspaniale w tym zakresie - złego słowa od nas nie usłyszycie. Natomiast trzeba wspomnieć, że tam byliśmy częścią zorganizowanej wycieczki (6-osobowej, ale zawsze) i byliśmy zdani na łaskę przewodnika. Wszystko się udało, ale z perspektywy czasu widzimy, że odhaczaliśmy te zwierzęta i jeździliśmy od słonia do hipopotama, od geparda do lwa. W Namibii przeżyliśmy jednak coś wyjątkowego, bo sami decydowaliśmy, ile czasu chcemy poświęcić danemu zwierzęciu.
Zaczęło się od kilkugodzinnego nocnego oglądania nosorożców. Matki z dziećmi, samce mierzące się wzrokiem (ale też rogami). W sumie widzieliśmy ponad 30 osobników, ale i tak najlepiej zapamiętamy tę 3-tonową bestię, która przeszła nam tuż przed maską samochodu, powodując u nas stan przedzawałowy. Słonie? Najpierw 15 osobników zatamowało ruch na drodze do campu, a potem 58 (!) słoni postanowiło urządzić sobie kąpiel w lokalnym wodopoju na naszych oczach! Widzieliśmy nieudane próby godów, czy szalejące małe słoniki. Przejeżdżając przez park musieliśmy „spychać” z drogi stada zebr, a żyrafy w jednym z campów dosłownie zaglądały do nas przez okna. Do tego dodajmy lwy we wszystkich kształtach - samice, samce czy 4 dziecaki oraz lampardy. Czuliśmy się jak w filmie dokumentalnym i naprawdę brakowało tylko głosu Krystyny Czubówny.
Jak to się wszystko udało? Z jednej strony mieliśmy szczęście, a z drugiej nasze planowanie temu szczęściu bardzo pomogło. Przyjechaliśmy do Namibii pod koniec sierpnia, u szczytu pory suchej. Te tabuny zwierząt (wyglądało to jak Wielka Migracja) były zdesperowane, by znaleźć wodę, a my wiedzieliśmy, gdzie zostawać, by oglądać to z bliska. Park Narodowy Etosha to wyjątkowe miejsce, ale trzeba wiedzieć, kiedy go odwiedzić. Przed podróżą oglądaliśmy filmiki na YouTubie, gdzie słuchaliśmy, że to najgorsze safari w Afryce. A nam się wydaje, że najgorzej to ci autorzy planowali wycieczkę 😉
Przez 2 tygodnie krążyliśmy między pustynią, oceanem, górami, a odcinkiem przyrodniczym na National Geographic. Zjeździliśmy ponad 2500 kilometrów na każdym rodzaju nawierzchni, jaki istnieje. Tym samym widzieliśmy piękną, prawdziwą, czasem biedną i brudną, ale zawsze autentyczną Afrykę. Dla nas to przepiękny i ciągle nieodkryty kontynent, do którego wrócimy. Pewnie za kolejne 5 lat, by znów głowy nam eksplodowały.