Motocyklowe Podróże

Motocyklowe Podróże Podróże na motocyklu, amatorska mechanika motocykla, wszystko co związane z motocyklami.

Dzień 6 – Gruzja, góry i ludzie, których spotykasz przypadkiemPobudka o 6:00, jak zwykle.Ubrania motocyklowe w miarę wys...
24/08/2026

Dzień 6 – Gruzja, góry i ludzie, których spotykasz przypadkiem
Pobudka o 6:00, jak zwykle.
Ubrania motocyklowe w miarę wyschły. Może jeszcze trochę wilgotne, ale nadawały się już do założenia. Wszystko było gotowe, czyste, naładowane. Tylko ja, jak zwykle, trochę niedospany.
Norma. Jedziemy dalej.
Wyjechałem z campingu w blasku wstającego słońca i udałem się zobaczyć Pomnik Kronik Gruzji.
Budowla zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. Ogromne, monumentalne kolumny przedstawiają sceny z historii Gruzji, jej władców, bohaterów i najważniejsze wydarzenia, a także motywy biblijne i postacie związane z chrześcijaństwem. Takie gruzińskie kroniki wykute w kamieniu.
Pochodziłem trochę wokół, zrobiłem kilka zdjęć i spojrzałem na panoramę Tbilisi.
Chwila na pozbieranie myśli.
I jazda!
Kierunek – Gruzińska Droga Wojenna, w stronę Władykaukazu.
Wyjeżdżając z Tbilisi i wjeżdżając na drogę prowadzącą w kierunku rosyjskiej granicy, pomyślałem, że zjem jakieś śniadanie. Mam taki zwyczaj, że zatrzymuję się tam, gdzie jedzą lokalni ludzie. Skoro miejscowi tam jedzą, to znaczy, że raczej będzie dobrze.
Zatrzymałem się koło sklepu z wielkimi chlebami. Takimi prawdziwymi, dużymi, świeżymi. Kupiłem jeden i zacząłem jeść.
Po chwili zauważyłem, że czegoś mi brakuje.
Popatrzyłem na siedzącą obok rodzinę. Oni zajadali ten sam chleb, ale z mięsem, sznyclem czy kurczakiem.
Musiałem chyba zrobić jakąś dziwną minę, bo podszedł do mnie chłopak, może około 25 lat, i zapytał po rosyjsku, czy chcę trochę mięsa do chleba.
Zmieszałem się, ale odpowiedziałem:
– Tak!
Było naprawdę dobre.
Dopiero podczas jedzenia zauważyłem, że rodzina przyjechała samochodem na rosyjskich tablicach.
Ale to niczego nie zmieniło.
Porozmawialiśmy o granicach, o Rosji. Opowiedziałem, że kiedyś byłem w Rosji i dobrze wspominam ludzi, których tam spotkałem. Było spokojnie, normalnie i bez żadnych podziałów.
Naprawdę miłe spotkanie.
Zapytałem, czy chcą wspólne zdjęcie. Zgodzili się.
I powiem szczerze, że po poprzedniej nocy i tym całym zmęczeniu bardzo podbudowało mnie to spotkanie.
Czasem naprawdę wystarczy przypadkowa rozmowa z obcymi ludźmi, żeby dzień wyglądał zupełnie inaczej.
Ruszyłem dalej.
Im wyżej wjeżdżałem, tym bardziej moja głowa zaczynała latać na boki. Nie dlatego, że coś było nie tak.
Widoki stawały się coraz piękniejsze.
Tylko w pewnym momencie przyszła inna myśl.
To już końcówka wyjazdu.
Jeszcze kilka miejsc, jeszcze parę tysięcy kilometrów i będę wracał.
Tyle czasu wyobrażałem sobie tę podróż. Tyle było przygotowań, napraw motocykla, planowania, zastanawiania się, czy w ogóle wyjadę.
A teraz?
Już prawie koniec.
Mimo tego jechałem dalej w góry.
Najpierw odwiedziłem Pomnik Przyjaźni Gruzińsko-Rosyjskiej. Ogromna mozaikowa budowla stojąca wysoko w górach, z widokiem, który robi wrażenie nawet wtedy, gdy człowiek widział już wiele.
Potem pięknymi przełęczami dojechałem do Cminda Sameba – Gergeti Trinity Church.
Stanąłem na chwilę.
Wiadomo – zdjęcia, filmiki.
Wszedłem również do środka kościoła.
Wszystko było tak, jak sobie wyobrażałem. Góry, skały, kolory, ogromna przestrzeń. Miejsce piękne.
Ale zamiast samej radości pojawił się smutek.
To już?
Naprawdę tak długo na to czekałem, tyle o tym myślałem, a teraz stoję tutaj i wiem, że właśnie zaczyna się droga powrotna.
Jechałem trochę przybity w stronę Tbilisi.
Miałem jeszcze około 30 kilometrów, kiedy zatrzymałem się na stacji zatankować.
I tutaj podróż znowu postanowiła zrobić coś po swojemu.
Kiedy pan tankował motocykl, zwróciłem uwagę na kobietę pracującą przy stoisku z kawą. Taka podrasowana 45tka Pomyślałem:
– W sumie kawa by się przydała. Może nawet uda się trochę pogadać.Dawaj!
Poszedłem na kawę.
Z rozmowy niewiele wyszło, bo pani kompletnie nie rozumiała mojego języka.
Siedziałem więc, piłem kawę i obserwowałem, co się dzieje.
Nagle podjechał motocyklista na Hondzie.
Zamówił kawę.
No to zaczęła się rozmowa.
Okazało się, że to Czech, który ma żonę Gruzinkę i przyjeżdża tutaj na około miesiąc, żeby pojeździć po Gruzji, a potem wraca do domu.
Zaczęliśmy gadać o trasach i podróżowaniu.
I nagle podjeżdża drugi motocyklista.
Honda CRF.
Patrzę na niego i zastanawiam się, w jakim języku tym razem zagadać.
A tu niespodzianka.
P***k!
Jeszcze większa niespodzianka była taka, że czytał gdzieś moje posty dotyczące tego wyjazdu.
Stefan – bo tak miał na imię – okazał się naprawdę świetnym gościem. Kopalnia wiedzy i ogromne doświadczenie w podróżowaniu.
Porozmawialiśmy o motocyklach, podróżach i tak po prostu o życiu.
Wymieniliśmy kontakty na Facebooku i każdy ruszył w swoją stronę.
I wtedy zrozumiałem coś ważnego.
Brakowało mi po prostu rozmowy.
Brakowało mi odezwania się do kogoś. A tu nagle, gdzieś w Gruzji, praktycznie na końcu świata, spotykam P***ka, który dodatkowo czytał moje podróżnicze wypociny.
To mnie naprawdę podbudowało.
I chyba właśnie na tym polega ten cały stan bycia w podróży.
Masz kryzys?
Nie wiesz, co dalej?
Jesteś zmęczony albo samotny?
Po prostu zatrzymaj się pod sklepem. Kup kawę. Usiądź.
Czasami los sam podsunie Ci ludzi, których potrzebujesz spotkać.
Miałem dużo planów. Armenia była jednym z nich.
Ale Armenia odpadła z powodu braku czasu.
No cóż.
Trzeba było zmienić plan.
Wbiłem więc trasę na Wardzię przez góry.
I to była chyba jedna z najpiękniejszych tras, jakimi jechałem od bardzo dawna.
Kiedy zacząłem wjeżdżać w góry, zatrzymywałem się co chwilę, żeby zrobić zdjęcia.
To był istny raj.
Różnorodność, góry, stepy, jeziora, małe wsie.
I krowy.
Dużo krów.
Jechałem dalej, a krajobraz cały czas się zmieniał.
Gruzja potrafi zaskoczyć. Za jednym zakrętem góry, za drugim niemal step, później jezioro, mała wieś i znowu wielkie przestrzenie.
Zaczęło się jednak ściemniać, więc musiałem trochę podkręcić tempo.
Po drodze zatrzymałem się na kebab.
Jak zwykle wybrałem miejsce, gdzie było najwięcej ludzi.
I nie pożałowałem.
Naprawdę dobry.
I tani.
Droga do Wardzi była dalej przepiękna, ale robiło się coraz ciemniej. Co chwilę pojawiały się kolejne krowy na drodze.
Krowy.
I jeszcze więcej krów.
W końcu dotarłem do miejsca, gdzie planowałem spać na dziko.
Stały tam kampery i był jakiś motocyklista.
Pomyślałem:
– Są ludzie. Będę spał.
Na początku objechałem wszystko dookoła i pojechałem w drugi kąt.
Zszedłem z motocykla, zrobiłem poważną minę i podszedłem przywitać się z gościem na Tenerce.
Okazało się, że jest z Węgier.
Artur.
I chyba od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy podobni. Podróże chyba naprawdę przyciągają do siebie podobne charaktery.
Artur rozkładał namiot i rozmawiał ze mną, a ja, już dogadany, zacząłem rozbijać się obok niego.
Po chwili przyszedł do nas kolejny motocyklista.
Tym razem z Turcji.
I znowu okazało się, że jest po tych samych pieniądzach.
Bardzo fajni ludzie.
Było trochę rozmowy.
Było piwo.
Tak, Turcy piją piwo!
Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło.
Zrobiliśmy wspólne zdjęcie i wtedy spojrzałem na siebie.
Byłem wykończony.
I dokładnie tak się czułem.
Podziękowałem chłopakom i poszedłem do namiotu.
Jeszcze zacząłem pisać post.
I zasnąłem.
Nie było komarów, bo w nocy bardzo wiało.
W pewnym momencie obudził mnie charakterystyczny trzask namiotu.
Pomyślałem tylko:
F**k. Fajnie… po namiocie.
Ale już nawet nie chciało mi się wychodzić i sprawdzać.
Leżałem dalej, patrząc na widok domów wykutych w skale Wardzi.
I znowu zasnąłem.
Gdzieś w Gruzji. W górach. W namiocie. W miejscu, do którego jeszcze niedawno wydawało mi się, że nigdy nie dotrę.

24/08/2026

Gruzja jest rajem dla motocyklistów.

Dzień 5 – Gruzja, początek!Wstałem rano o 6:00. Czyli to, co zwykle w podróży. Człowiek jeszcze dobrze nie otworzył oczu...
23/08/2026

Dzień 5 – Gruzja, początek!
Wstałem rano o 6:00. Czyli to, co zwykle w podróży. Człowiek jeszcze dobrze nie otworzył oczu, a już zaczyna ogarniać swoje graty.
Zrobiłem mały obchód po polu namiotowym, pożegnałem się z poznanym motocyklistą z Rosji i ruszyłem na północ.
Pierwszy przystanek – Batumi.
Chciałem zobaczyć miasto za dnia, port i słynną ruchomą rzeźbę Ali i Nino. Dwie postacie, które zbliżają się do siebie, łączą, a potem znowu się rozchodzą. Symbol miłości, spotkania, ale też rozstania i tego, że nic nie trwa wiecznie.
Usiadłem na chwilę na promenadzie i patrzyłem na to wszystko. Batumi naprawdę mnie zaskoczyło. Jeszcze dzień wcześniej wydawało mi się, że będzie to jakaś większa nadmorska miejscowość, a to zupełnie inne miasto. Nowoczesne, bogate, pełne życia.
Posiedziałem chwilę, porozmyślałem i w końcu trzeba było ruszać dalej.
Przez Poti pojechałem wymienić pieniądze na gruzińską walutę, a później obrałem kierunek na gorące źródła siarkowe ნოქალაქევის გოგირდის აბანოები.
I dalej w stronę Tbilisi.
Droga zaczęła się ciągnąć. Było gorąco, naprawdę gorąco. Zmęczenie zaczynało powoli dawać o sobie znać, aż w pewnym momencie zobaczyłem, że coś dziwnego dzieje się z moim kufrem.
Prawie koło na kufrze.
Puściły opaski.
Szybkie zatrzymanie i wtedy przyszła taka myśl:
Po co ja w ogóle to wszystko ze sobą wożę?
Ale nie wyrzucę przecież tego tak po prostu, bo szkoda. Poprawiłem, zabezpieczyłem, zapakowałem z powrotem i jazda dalej.
Kolejny punkt – Kutaisi i Katedra Bagrati. Szybkie zwiedzanie, kilka zdjęć i dalej w drogę.
W końcu głód wygrał. Zatrzymałem się na MOP-ie, żeby kupić coś do jedzenia. Wybór padł na fast food.
Zamówiłem, wszystko niby OK, tylko że nie dostałem kodu odbioru. Okazało się, że miał on przyjść na aplikację, której oczywiście nie mam.
No i stałem jak buc.
Czekałem.
Nic.
W końcu zrobiłem trochę zamieszania, wytłumaczyłem, że jestem z Polski, nie mam ich aplikacji i chciałbym po prostu dostać swoje jedzenie. Po chwili się udało.
Szczerze? Po całym tym zamieszaniu trochę odechciało mi się jeść.
Ale zjadłem.
Do Tbilisi wjechałem po 16:00.
I to był błąd.
Prawie 50 minut męczyłem się w korkach, żeby dotrzeć do Pomnika Matki Gruzji. Ruch, samochody, upał, zmęczenie… ale kiedy już dotarłem na miejsce, wiedziałem, że było warto.
Szybkie zdjęcia, spacer i przede wszystkim widok na całe miasto.
Tbilisi pod nogami.
W końcu przyszła pora na najważniejsze pytanie dnia:
Gdzie śpimy?
Wybór padł na camping w samym centrum miasta – Tamaristan.
Przeszedłem przez czerwone drzwi i znalazłem się w miejscu, którego kompletnie się nie spodziewałem. Dom, po którym wspina się zieleń. Spokój, klimat i coś naprawdę pięknego, ukrytego praktycznie w środku wielkiego miasta.
Dogadałem się z właścicielką co do ceny i chwilę później namiot już stał.
W końcu mogłem się porządnie umyć. Wyprałem ubrania motocyklowe, ogarnąłem swoje rzeczy i pierwszy raz od dłuższego czasu naprawdę spokojnie usiadłem.
Na camping przyjechała też grupa motocyklistów z Turcji. Próbowaliśmy się przywitać, zagadałem, bo też mieli BMW, ale jakoś kompletnie nie byli chętni do rozmowy. W zasadzie miałem wrażenie, że mają mnie gdzieś.
Nie lubię takich sytuacji. Próbowałem nawiązać kontakt, ale po chwili stwierdziłem, że nie będę się narzucał.
Odwróciłem się i poszedłem do siebie.
I chyba właśnie na tym polega podróż. Jedni ludzie mijają cię obojętnie, a inni, których nawet wcześniej nie znałeś, potrafią zrobić coś zupełnie odwrotnego.
Pewna para, która również nocowała na campingu, poczęstowała mnie pysznym ryżem. Pogadaliśmy trochę moim łamanym angielskim, trochę na migi, ale jakoś się dogadaliśmy.
I znowu poczułem tę atmosferę, którą lubię najbardziej.
Nie znasz człowieka. Nie mówicie tym samym językiem. Jesteście z różnych krajów.
A jednak siedzicie razem, jecie i rozmawiacie.
Po całym dniu miałem już naprawdę dość. Kilometry, upał, korki, zgubiony kod do fast fooda, kufry próbujące się rozpaść i pierwsze prawdziwe spotkanie z Gruzją.
Położyłem się spać.
Gruzja dopiero się zaczynała.

Carnet de Passages en Douane? A może ….
23/08/2026

Carnet de Passages en Douane? A może ….

Dzień 4 – Turcja zostaje za mną. Wjeżdżam do GruzjiPobudka bardzo wcześnie. Może nawet trochę za wcześnie.Wziąłem kamerk...
22/08/2026

Dzień 4 – Turcja zostaje za mną. Wjeżdżam do Gruzji
Pobudka bardzo wcześnie. Może nawet trochę za wcześnie.
Wziąłem kamerkę i zacząłem kręcić wschód słońca nad Morzem Czarnym. Człowiek jeszcze do końca śpi, ale już lata z kamerką i próbuje złapać ten moment. Plaża, morze, namiot i świadomość, że za chwilę znowu trzeba pakować cały ten majdan.
Kiedy zacząłem się zbierać, poznałem sąsiadów z campingu. Czecha, który robił bardzo podobną trasę do mojej, i posiadał motocykl Victory bardzo mało ich na trasach.Chwilę pogadaliśmy o podróży, drodze i planach. Jeśli kiedyś to przeczytacie – pozdrawiam.
Z campingu ruszyłem wcześniej niż zwykle i w naprawdę dobrym nastroju. Kierunek Trabzon.
I właśnie tam wydarzyło się coś, co nazywam swoim „podróżniczym systemem poznawczym”.
To ten moment, kiedy człowiek jedzie już kilka dni, przyzwyczaja się do drogi, kraju i ludzi, a potem nagle wjeżdża w zupełnie inne miejsce. Mój system poznawczy został lekko zachwiany.
Trabzon.
Nagle pojawił się tłok, hałas, mnóstwo samochodów, inne rejestracje, wielkie miasto. Wszystko zrobiło się jakieś inne. Do tego zmęczenie, słońce i miejski chaos.
I gdzieś z tyłu głowy moja podświadomość zaczęła mówić:
„Zawracaj…”
Po chwili znowu:
„Zawracaj. Jedź do domu.”
Ciekawe uczucie. Człowiek przecież chce jechać dalej, ale jakaś część głowy zaczyna się buntować.
Ale pojechałem dalej.
W pewnym momencie zobaczyłem wielki meczet. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Chodziłem wokół, oglądałem go i oczywiście pojawiła się też bardziej przyziemna potrzeba.
Toaleta.
Zobaczyłem wielkie napisy WC i zatrzymałem się. Stanąłem i zacząłem się zastanawiać, czy ja w ogóle mogę tam wejść.
Wychodził akurat starszy Turek. Spojrzał na mnie, chyba zobaczył moje zakłopotanie, machnął ręką i powiedział:
„Proszę, proszę.”
I problem rozwiązany.
Takie małe sytuacje najlepiej pokazują mi tę podróż. Nie znasz języka. Nie wiesz dokładnie, jakie są zasady. Stoisz gdzieś obcy, trochę zmęczony, trochę zagubiony. A ktoś po prostu macha ręką i mówi: „chodź”.
Powoli szukałem wytchnienia i w końcu wyjechałem z miejskiego chaosu. Pojawiły się góry. Od razu zrobiło się lepiej.
Po drodze obiad, chwila odpoczynku i dalej w kierunku Batumi.
Granica przeszła zaskakująco szybko. No, prawie.
Przed ostatnim okienkiem nagle nie mogłem znaleźć prawa jazdy. Oczywiście zacząłem przeszukiwać wszystkie kieszenie, dokumenty i graty. Człowiek stoi przed granicą z Gruzją i nagle najważniejszy dokument postanawia zniknąć.
Na szczęście się znalazł.
Potem przyszła kolej na obowiązkowe ubezpieczenie motocykla. Podeszło do mnie dwóch gości i zaczęli proponować swoje ubezpieczenie. Pomyślałem sobie: nie ze mną takie numery. Mam przecież ChatGPT, wiem, ile powinno kosztować i chciałem trochę zabłysnąć swoją wiedzą.
Skończyło się oczywiście tak, że kupiłem u nich ubezpieczenie za dokładnie tyle samo, ile wcześniej sprawdziłem.
Także wielki biznesmen ze mnie.
I w końcu wjazd do Gruzji.
Jechałem do Batumi z takim wyobrażeniem, że to pewnie jakaś większa nadmorska miejscowość. Taka trochę wiocha z promenadą.
A tu nagle...
Ogromne, bogate miasto.
Wieżowce, hotele, kasyna, światła, ludzie i samochody z rejestracjami praktycznie z całego świata. Batumi naprawdę mnie zaskoczyło. To jest miejsce, gdzie można przyjechać na imprezę i chyba przez kilka dni nawet nie wsiadać na motocykl.
Ja jednak pojechałem na pole namiotowe. Znalazłem je przez aplikację i od razu poczułem zupełnie inny klimat niż w mieście.
Więcej luzu. Ludzie z różnych stron świata. Rosjanie, Białorusini i podróżnicy z innych krajów. Każdy mówi swoim językiem, ma swoją historię i jedzie gdzieś w swoją stronę.
I właśnie tam poczułem się naprawdę dobrze.
Bo na tym małym polu namiotowym można było zobaczyć coś, czego często brakuje w normalnym świecie. Ludzie z różnych krajów, z różną historią i pewnie różnymi poglądami, siedzieli obok siebie, rozmawiali, śmiali się i po prostu żyli.
Bez polityki. Bez podziałów. Bez zastanawiania się, kto jest skąd.
Wszyscy w zgodzie.
I chyba właśnie podróż pozwala to zrozumieć najlepiej. Kiedy człowiek spotyka drugiego człowieka gdzieś w drodze, nie interesuje go, z jakiego jest kraju i po której stronie granicy mieszka. Ważniejsze jest to, czy jest w porządku.
Były też dwie bardzo atrakcyjne dziewczyny, które najpierw coś mówiły po rosyjsku, a potem przeszły na francuski. Ja oczywiście niewiele z tego rozumiałem, ale klimat międzynarodowy był pełny.
Najlepsze było to, że rejestracje od mojej strony miały częściowo zasłonięte damskim stanikiem. Nie pytajcie mnie nawet o historię tego stanika.
Rozbiłem namiot, ogarnąłem swoje rzeczy i poszedłem po wodę.
I wtedy dotarło do mnie jedno.
Jestem w Gruzji.
Nie oglądam już tego na YouTube. Nie planuję tego w pracy. Nie siedzę nad mapą w domu.
Jestem tutaj naprawdę.

22/08/2026
21/08/2026

Na zajawkę materiał surowy.

Dzień 3 – domki z bajki i dalej na wschódWstałem wyjątkowo późno. Miało być szybkie ogarnięcie się i wyjazd, ale jak to ...
21/08/2026

Dzień 3 – domki z bajki i dalej na wschód
Wstałem wyjątkowo późno. Miało być szybkie ogarnięcie się i wyjazd, ale jak to w podróży bywa – człowiek wstał o 7:30, potem kawa, śniadanie, pakowanie wszystkich gratów i nagle zrobiła się 9:30.
No trudno. Nigdzie nie uciekam.
Pierwszy punkt dnia – słynne domki z bajki. To miejsce, które od dawna oglądałem na YouTube. Setki identycznych, niedokończonych zamków stojących obok siebie. Trochę surrealistyczny widok.
I znowu miałem tę samą myśl: jeszcze niedawno oglądałem takie miejsca na ekranie telefonu, a teraz stoję tutaj naprawdę.
Po domkach w drogę.
Kierunek Samsun.
Droga była naprawdę w porządku. Muzyka w słuchawkach, kolejne kilometry i w końcu porządny obiad. Morale od razu poszło do góry.
Turcja jednak potrafi dać w kość. Upał daje się we znaki, a do tego na drogach naprawdę sporo radarów i policji. Trzeba uważać, bo człowiek jedzie spokojnie, słucha muzyki, droga dobra i nagle gdzieś z boku stoi patrol.
Im dalej na wschód, tym bardziej zaczynam czuć, że naprawdę jestem w podróży.
Około 20:00 zrobiło się już ciemno, więc bez kombinowania znalazłem sobie camping. Tym razem trafiłem do Ünye Çınarsuyu Yiğitler Kamp Alanı Aquapark nad Morzem Czarnym.
Namiot rozstawiony. Prysznic. Ogarnąłem się, nawet się ogoliłem.
I czekałem tylko, czy znowu w nocy coś będzie chodzić koło namiotu i wydawać dziwne dźwięki.
Po ostatniej nocy na dziko człowiek jest już przygotowany na wszystko. Nawet jakieś syreny 😛
Na koniec dwa piwka. Takie piwko po dobrym dniu na motocyklu – jak mówi Jarcco – smakuje najlepiej.
Wieczorem w końcu chwila spokoju. Namiot, szum okolicy, zimne piwo i świadomość, że następnego dnia znowu ruszam w drogę.
Czas spać.
Jutro kolejny dzień i kolejne kilometry na wschód.

Dzień 2 – plan był prosty… ale mapa miała inne zdanieDrugi dzień wyprawy zacząłem niewyspany. Noc na dziko, jakieś zwier...
20/08/2026

Dzień 2 – plan był prosty… ale mapa miała inne zdanie
Drugi dzień wyprawy zacząłem niewyspany. Noc na dziko, jakieś zwierzaki szeleszczące wokół namiotu i co chwilę człowiek budził się z myślą: „co tam znowu chodzi?”.
Ale kawa, śniadanie i jakoś człowiek wraca do życia. Ruszam dalej. Bez większych przygód dotarłem do granicy z Turcją.
Na granicy wszystko poszło sprawnie. Pogranicznik spojrzał na moje dokumenty i zapytał:
– Jedziesz po Gruzji do Rosji?
Odpowiedziałem:
– Nieee, bo nie mam wizy!
Wtedy zaczął mi tłumaczyć, że właściwie to i tak mój plan jazdy po Kaukazie wymaga jeszcze małej korekty. Dowiedziałem się między innymi, że granica Turcji z Armenią jest zamknięta, więc z Turcji prosto do Armenii nie wjadę. Dobrze wiedzieć… lepiej teraz niż stać później pod zamkniętym szlabanem gdzieś na końcu świata.
Po drodze zatrzymałem się na obiad w przydrożnej restauracji. Później mijałem jakieś dziwne kontrole, żandarmerię, pojedyncze posterunki i tak kilometrami w stronę Stambułu.
Do cieśniny Bosfor? Szczerze mówiąc… nuda. Kilometry, droga, kilometry.
Zatrzymałem się na stacji. Byłem już trochę zmęczony. I wtedy przypomniałem sobie:
„Kurna! Przecież niedaleko stąd jest to słynne osiedle wyglądające jak z bajki!”
Setki identycznych, niedokończonych zamków. Miejsce, które oglądałem wcześniej na YouTube.
Wpisałem w mapę.
Tylko około 100 km nadrobienia.
No to jedziemy.
I tu popełniłem pierwszy błąd.
Była już 18:00 i zaczynało się powoli ściemniać. Patrzę na mapę: 100 km – prawie 2 godziny jazdy. Myślę sobie: „pewnie offline źle policzył”.
Nie policzył.
Zjechałem z głównej drogi i zaczęło się…
Totalna wieś. Potem coraz mniejsze drogi. Żadnych samochodów. Żadnych ludzi. W końcu szutrówki. A ja już po całym dniu jazdy, coraz bardziej zmęczony.
Szybka zmiana planów.
Dobra, odpuszczam zwiedzanie. Muszę znaleźć camping, wziąć prysznic i ogarnąć się.
Wklepuję pole campingowe w mapę offline i jadę.
Tylko że mapa zaczęła prowadzić mnie przez miejsca, gdzie naprawdę zacząłem się zastanawiać, czy to jeszcze droga, czy już test zawieszenia Bubii.
Pusto. Ciemno. Szuter. Kurz. Czas leci, a kilometrów jakoś nie ubywa. Zmęczenie dawało o sobie znać i, nie ukrywam, zacząłem się robić lekko zaniepokojony.
Jakieś 20 km przed celem – droga zasypana przez osuwisko.
No pięknie.
Zawracam. Mapa wyznacza objazd.
Objazd prowadzi przez ogromne wzniesienie i drogę w takim kurzu, że wyglądało to naprawdę średnio. Już po ciemku, zmęczony po całym dniu, jadę pod tę górę…
I nagle z naprzeciwka pojawia się bus.
W środku gość, głośno lecą jakieś muzułmańskie pieśni, auto całe oświetlone LED-ami. Serio, wyglądało to jak scena z filmu.
Stanąłem na awaryjnych. On też się zatrzymał.
Pokazuję mu mapę i pytam, czy tędy dojadę na camping.
Gość spojrzał, pomachał rękami i wyraźnie dał mi do zrozumienia:
„Nie! Wracaj! Jedź przez osuwisko, tamtędy przejedziesz!”
No to zawracam.
I słuchajcie… przejechałem przez to osuwisko. Piach, kamienie, dziury. Niektóre głazy wyglądały, jakby miały zaraz dostać własne tablice rejestracyjne. Bubia, załadowana na wyprawę, powoli i cierpliwie przetoczyła się przez ten cały bałagan.
W końcu dotarłem.
Abant Çadırlık Kamp Alanı.
Szybki prysznic. Ogarnąć się po całym dniu. Namiot.
I nagroda.
Trzy zimne piwa.
Za 600 lir.
Do tego nocleg 700 lir, ale po takim dniu naprawdę było mi wszystko jedno. Siedziałem w namiocie, piłem zimne piwo i myślałem tylko jedno:
Jeszcze parę dni temu moja Bubia była rozebrana prawie na pół i nie było wiadomo, czy ten wyjazd w ogóle dojdzie do skutku.
A teraz siedzę w namiocie gdzieś w Turcji, po drodze do Gruzji.
I chyba właśnie w takich momentach człowiek naprawdę rozumie, po co rusza w świat.

20/08/2026

„Kup dom dla księżniczek” jade dalej!

Adres

Ruszcza
28-230

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Motocyklowe Podróże umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Motocyklowe Podróże:

Skróty

Udostępnij