24/08/2026
Dzień 6 – Gruzja, góry i ludzie, których spotykasz przypadkiem
Pobudka o 6:00, jak zwykle.
Ubrania motocyklowe w miarę wyschły. Może jeszcze trochę wilgotne, ale nadawały się już do założenia. Wszystko było gotowe, czyste, naładowane. Tylko ja, jak zwykle, trochę niedospany.
Norma. Jedziemy dalej.
Wyjechałem z campingu w blasku wstającego słońca i udałem się zobaczyć Pomnik Kronik Gruzji.
Budowla zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. Ogromne, monumentalne kolumny przedstawiają sceny z historii Gruzji, jej władców, bohaterów i najważniejsze wydarzenia, a także motywy biblijne i postacie związane z chrześcijaństwem. Takie gruzińskie kroniki wykute w kamieniu.
Pochodziłem trochę wokół, zrobiłem kilka zdjęć i spojrzałem na panoramę Tbilisi.
Chwila na pozbieranie myśli.
I jazda!
Kierunek – Gruzińska Droga Wojenna, w stronę Władykaukazu.
Wyjeżdżając z Tbilisi i wjeżdżając na drogę prowadzącą w kierunku rosyjskiej granicy, pomyślałem, że zjem jakieś śniadanie. Mam taki zwyczaj, że zatrzymuję się tam, gdzie jedzą lokalni ludzie. Skoro miejscowi tam jedzą, to znaczy, że raczej będzie dobrze.
Zatrzymałem się koło sklepu z wielkimi chlebami. Takimi prawdziwymi, dużymi, świeżymi. Kupiłem jeden i zacząłem jeść.
Po chwili zauważyłem, że czegoś mi brakuje.
Popatrzyłem na siedzącą obok rodzinę. Oni zajadali ten sam chleb, ale z mięsem, sznyclem czy kurczakiem.
Musiałem chyba zrobić jakąś dziwną minę, bo podszedł do mnie chłopak, może około 25 lat, i zapytał po rosyjsku, czy chcę trochę mięsa do chleba.
Zmieszałem się, ale odpowiedziałem:
– Tak!
Było naprawdę dobre.
Dopiero podczas jedzenia zauważyłem, że rodzina przyjechała samochodem na rosyjskich tablicach.
Ale to niczego nie zmieniło.
Porozmawialiśmy o granicach, o Rosji. Opowiedziałem, że kiedyś byłem w Rosji i dobrze wspominam ludzi, których tam spotkałem. Było spokojnie, normalnie i bez żadnych podziałów.
Naprawdę miłe spotkanie.
Zapytałem, czy chcą wspólne zdjęcie. Zgodzili się.
I powiem szczerze, że po poprzedniej nocy i tym całym zmęczeniu bardzo podbudowało mnie to spotkanie.
Czasem naprawdę wystarczy przypadkowa rozmowa z obcymi ludźmi, żeby dzień wyglądał zupełnie inaczej.
Ruszyłem dalej.
Im wyżej wjeżdżałem, tym bardziej moja głowa zaczynała latać na boki. Nie dlatego, że coś było nie tak.
Widoki stawały się coraz piękniejsze.
Tylko w pewnym momencie przyszła inna myśl.
To już końcówka wyjazdu.
Jeszcze kilka miejsc, jeszcze parę tysięcy kilometrów i będę wracał.
Tyle czasu wyobrażałem sobie tę podróż. Tyle było przygotowań, napraw motocykla, planowania, zastanawiania się, czy w ogóle wyjadę.
A teraz?
Już prawie koniec.
Mimo tego jechałem dalej w góry.
Najpierw odwiedziłem Pomnik Przyjaźni Gruzińsko-Rosyjskiej. Ogromna mozaikowa budowla stojąca wysoko w górach, z widokiem, który robi wrażenie nawet wtedy, gdy człowiek widział już wiele.
Potem pięknymi przełęczami dojechałem do Cminda Sameba – Gergeti Trinity Church.
Stanąłem na chwilę.
Wiadomo – zdjęcia, filmiki.
Wszedłem również do środka kościoła.
Wszystko było tak, jak sobie wyobrażałem. Góry, skały, kolory, ogromna przestrzeń. Miejsce piękne.
Ale zamiast samej radości pojawił się smutek.
To już?
Naprawdę tak długo na to czekałem, tyle o tym myślałem, a teraz stoję tutaj i wiem, że właśnie zaczyna się droga powrotna.
Jechałem trochę przybity w stronę Tbilisi.
Miałem jeszcze około 30 kilometrów, kiedy zatrzymałem się na stacji zatankować.
I tutaj podróż znowu postanowiła zrobić coś po swojemu.
Kiedy pan tankował motocykl, zwróciłem uwagę na kobietę pracującą przy stoisku z kawą. Taka podrasowana 45tka Pomyślałem:
– W sumie kawa by się przydała. Może nawet uda się trochę pogadać.Dawaj!
Poszedłem na kawę.
Z rozmowy niewiele wyszło, bo pani kompletnie nie rozumiała mojego języka.
Siedziałem więc, piłem kawę i obserwowałem, co się dzieje.
Nagle podjechał motocyklista na Hondzie.
Zamówił kawę.
No to zaczęła się rozmowa.
Okazało się, że to Czech, który ma żonę Gruzinkę i przyjeżdża tutaj na około miesiąc, żeby pojeździć po Gruzji, a potem wraca do domu.
Zaczęliśmy gadać o trasach i podróżowaniu.
I nagle podjeżdża drugi motocyklista.
Honda CRF.
Patrzę na niego i zastanawiam się, w jakim języku tym razem zagadać.
A tu niespodzianka.
P***k!
Jeszcze większa niespodzianka była taka, że czytał gdzieś moje posty dotyczące tego wyjazdu.
Stefan – bo tak miał na imię – okazał się naprawdę świetnym gościem. Kopalnia wiedzy i ogromne doświadczenie w podróżowaniu.
Porozmawialiśmy o motocyklach, podróżach i tak po prostu o życiu.
Wymieniliśmy kontakty na Facebooku i każdy ruszył w swoją stronę.
I wtedy zrozumiałem coś ważnego.
Brakowało mi po prostu rozmowy.
Brakowało mi odezwania się do kogoś. A tu nagle, gdzieś w Gruzji, praktycznie na końcu świata, spotykam P***ka, który dodatkowo czytał moje podróżnicze wypociny.
To mnie naprawdę podbudowało.
I chyba właśnie na tym polega ten cały stan bycia w podróży.
Masz kryzys?
Nie wiesz, co dalej?
Jesteś zmęczony albo samotny?
Po prostu zatrzymaj się pod sklepem. Kup kawę. Usiądź.
Czasami los sam podsunie Ci ludzi, których potrzebujesz spotkać.
Miałem dużo planów. Armenia była jednym z nich.
Ale Armenia odpadła z powodu braku czasu.
No cóż.
Trzeba było zmienić plan.
Wbiłem więc trasę na Wardzię przez góry.
I to była chyba jedna z najpiękniejszych tras, jakimi jechałem od bardzo dawna.
Kiedy zacząłem wjeżdżać w góry, zatrzymywałem się co chwilę, żeby zrobić zdjęcia.
To był istny raj.
Różnorodność, góry, stepy, jeziora, małe wsie.
I krowy.
Dużo krów.
Jechałem dalej, a krajobraz cały czas się zmieniał.
Gruzja potrafi zaskoczyć. Za jednym zakrętem góry, za drugim niemal step, później jezioro, mała wieś i znowu wielkie przestrzenie.
Zaczęło się jednak ściemniać, więc musiałem trochę podkręcić tempo.
Po drodze zatrzymałem się na kebab.
Jak zwykle wybrałem miejsce, gdzie było najwięcej ludzi.
I nie pożałowałem.
Naprawdę dobry.
I tani.
Droga do Wardzi była dalej przepiękna, ale robiło się coraz ciemniej. Co chwilę pojawiały się kolejne krowy na drodze.
Krowy.
I jeszcze więcej krów.
W końcu dotarłem do miejsca, gdzie planowałem spać na dziko.
Stały tam kampery i był jakiś motocyklista.
Pomyślałem:
– Są ludzie. Będę spał.
Na początku objechałem wszystko dookoła i pojechałem w drugi kąt.
Zszedłem z motocykla, zrobiłem poważną minę i podszedłem przywitać się z gościem na Tenerce.
Okazało się, że jest z Węgier.
Artur.
I chyba od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy podobni. Podróże chyba naprawdę przyciągają do siebie podobne charaktery.
Artur rozkładał namiot i rozmawiał ze mną, a ja, już dogadany, zacząłem rozbijać się obok niego.
Po chwili przyszedł do nas kolejny motocyklista.
Tym razem z Turcji.
I znowu okazało się, że jest po tych samych pieniądzach.
Bardzo fajni ludzie.
Było trochę rozmowy.
Było piwo.
Tak, Turcy piją piwo!
Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło.
Zrobiliśmy wspólne zdjęcie i wtedy spojrzałem na siebie.
Byłem wykończony.
I dokładnie tak się czułem.
Podziękowałem chłopakom i poszedłem do namiotu.
Jeszcze zacząłem pisać post.
I zasnąłem.
Nie było komarów, bo w nocy bardzo wiało.
W pewnym momencie obudził mnie charakterystyczny trzask namiotu.
Pomyślałem tylko:
F**k. Fajnie… po namiocie.
Ale już nawet nie chciało mi się wychodzić i sprawdzać.
Leżałem dalej, patrząc na widok domów wykutych w skale Wardzi.
I znowu zasnąłem.
Gdzieś w Gruzji. W górach. W namiocie. W miejscu, do którego jeszcze niedawno wydawało mi się, że nigdy nie dotrę.