14/03/2021
Cześć z tej strony Paulina i Bartek, nadajemy z kawalerki na Włochach. Dziś mała niespodzianka, ponieważ dostąpiliśmy zaszczytu opisania wspólnej podróży z on Tour. Na przełomie stycznia i lutego zeszłego roku spędziliśmy energiczny i pełen wrażeń długi weekend we Lwowie. Kilka miesięcy wcześniej spontanicznie udało nam się kupić bilety lotnicze z Katowic w świetnej cenie i grzech było nie skorzystać z takiej okazji. Lwów przez niektórych nazywany jest „Florencją północy” i przechadzając się po różnorodnych stylistycznie ulicach ciężko się z tym nie zgodzić, ale zaczynając od początku.
Nasz pierwszy dzień podróży rozpoczął przed godziną 5:00, a już o godzinie 8:30 czasu Lwowskiego byliśmy na miejscu naszej podróży. Pierwsze co zrobiliśmy po dotarciu, to uzbroiliśmy się w karty sim, aby móc się swobodnie komunikować. Pierwszym zwiedzonym przez nas miejscem był główny rynek, który otoczony jest pięknymi kamienicami, reprezentującymi różne style i ukazującymi wielokulturowość tego miasta. Wśród budynków największą uwagę przykuwa czarna kamienica Bandinellich z dziedzińcem i piętrowymi krużgankami (ulubiony zabytek Klaudii). Aktualnie znajduje się tam muzeum historyczne. Jeśli ktoś spodziewa się spokojnych deptaków, to jadące tramwaje szybko wyprowadzą go z tego błędu. Warto również poświęcić chwilę, by przyjrzeć się ratuszowi, którego strzegą kamienne lwy.
Po zameldowaniu się w naszym mieszkaniu z sarmacką kanapą, rozpakowaniu i odświeżeniu postanowiliśmy pójść coś zjeść. Klaudia z Błażejem zrobili wcześniej małe rozeznanie w ciekawych gastronomicznych lokalach, więc zdecydowaliśmy się pójść do „Najdroższej restauracji w Galicji”. Od samego wejścia mieliśmy mieszane uczucia. Wejście znajdowało się w mieszkaniu w starej kamienicy, dodatkowo aby wejść do środka trzeba było podać specjalne hasło. Po otworzeniu drzwi naszym oczom ukazał się stary pokój a w nim pan obierający ziemniaki, który obierkami karmił królika. Gdy już nam się udało dotrzeć do środka restauracji wystrój robił wrażenie. Ceny były kosmiczne, ale wiedzieliśmy, że na sam koniec dostaje się zniżkę 90%. Jednak niepokój pozostał z nami aż do momentu otrzymania rachunku. Paulina twierdzi, że nigdzie nie zjadła tak dobrej zupy grzybowej.
Najbardziej abstrakcyjnym miejscem, które zwiedziliśmy było podwórko zaginionych zabawek. Zaniedbana przestrzeń usypana starymi, najczęściej uszkodzonymi zabawkami, po zmroku wprowadzała w nas mały niepokój. Wydaje nam się, że nie jest to miejsce warte nakładania drogi tylko dla tej atrakcji.
Głównym punktem naszego pierwszego dnia była wizyta w Lwowskiej operze. Wybudowana w 1900 roku opera już z zewnątrz robi niemałe wrażenie, my natomiast chcieliśmy skorzystać z obejrzenia tego pięknego miejsca od środka, więc kupiliśmy bilety na spektakl Don Giovanni. Obsługa pokierowała nas do naszej loży. Tam usiedliśmy i zaczęło się oczekiwanie na przedstawienie. To właśnie wtedy mieliśmy okazję przyjrzeć się wystrojowi sali. Powiem Wam, że zarówno kurtyna Siemiradzkiego, przedstawiająca Apollina i Muzy, a także detale architektoniczne są rewelacyjne. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Chwilę później kurtyna uniosła się i zaczęło się przedstawienie. Wcześniej przeczytaliśmy całą sztukę, ponieważ była wystawiona po włosku z napisami w języku ukraińskim. Ku naszemu zdziwieniu była to współczesna adaptacja tej sztuki, dość kontrowersyjna i po pierwszym akcie opuściliśmy spektakl… Jednak nie żałujemy, było warto poświęcić czas i zasiąść w loży. Ciekawe jest, że w podziemiach Opery znajduje się bar nawiązujący do pozakulisowego życia toczącego się na zapleczu opery w dwudziestoleciu międzywojennym.
W drodze powrotnej do mieszkania zwiedziliśmy kilka klimatycznych lokali, gdzie między innymi piliśmy absynt oraz drinki z probówek. Być może spędzilibyśmy na mieście więcej czasu, ale „pan maruda” (Błażej, żeby nie było wątpliwości) zarządził powrót do domu. Następnego dnia z rana chcieliśmy zjeść śniadanie w restauracji Baczewski, natomiast przyjście 10 minut przed otwarciem lokalu okazało się zbyt późnym. Kolejka kilkudziesięciu osób zniechęciła do dalszego oczekiwania.
Zwiedzanie drugiego dnia zaczęliśmy od cmentarza Łyczakowskiego. Długo zastanawialiśmy się jak zacząć opisywać to miejsce, dziesiątki autobusów wokoło cmentarza mogłoby sugerować, że jest to atrakcja turystyczna, ale dla nas jednak był to najbardziej doniosły punkt wycieczki. W tym jednym miejscu jak na dłoni widzimy historię i losy tego miasta, przypomina ono o tym, że ta ziemia i to miasto jest nierozerwalnie związane z historią Polski. Wrażenie jakie wywarł na mnie obraz pomników Orląt Lwowskich ciężko opisać. Większość nagrobków stanowiły młode osoby, które poświęciły swoje życie za ojczyznę, pięknie oddaje to napis na głównym sklepieniu pomnika "Mortui sunt ut liberi vivamus". Niedaleko znajdują się również groby powstańców styczniowych, które również należy obejrzeć. Na koniec postanowiliśmy przejść się przez aleję zasłużonych, gdzie pochowane są osoby, które zapisywały się wielkimi zgłoskami na kartach historii między innymi: Maria Konopnicka, Gabriela Zapolska, Konstanty Julian Ordon czy Stefan Banach (to miejsce było dla nas akurat szczególnie ważne, ponieważ oboje jesteśmy matematykami) .
Po takiej lekcji historii postanowiliśmy odwiedzić ważne miejsce związane z ostatnią postacią, a więc kawiarnię szkocką. Właśnie w tym miejscu Stefan Banach wraz z przyjaciółmi spędzał godziny na rozmowie o matematyce, a także zapisywał na serwetkach różne twierdzenia. Kawiarnia już nie istnieje, natomiast budynek jest dobrze zachowany i oddaje klimat epoki. Ostatnim punktem tego dnia było odwiedzenie kopca unii lubelskiej na wysokim zamku. Miejsce również związane z historią Polski, lecz posiadające niezwykłe walory estetyczne. Widok na panoramę Lwowa z tego miejsca jest zdumiewający i warty pokonania kilkuset schodów. Po drodze można kupić pamiątki lub pozować ulicznym artystom w celu stworzenia spersonalizowanego prezentu.
Trzeciego dnia naszego wypadu wstaliśmy skoro świt i tym razem udało nam się załapać na śniadanie w restauracji Baczewski. Po tym czego doświadczyliśmy, wiemy dlaczego tak długie są tam kolejki. Atmosfera, która tam panuje jest wyjątkowa. Mnóstwo zieleni, kobieta na fortepianie urządza koncert na żywo, piękna zastawa stołowa, a przede wszystkim fenomenalne śniadanie, które na twoich oczach przygotowywał kucharz. Jedynym smutnym aspektem był fakt, że można było tam przebywać tylko godzinę. Gdyby nie ten fakt, to spędzilibyśmy tam cały dzień wsłuchując się w dźwięk fortepianu.
Najedzeni postanowiliśmy zdobyć wieżę ratuszową. Wejście na wieżę jest bardzo długie i wąskie, schody są wysokie i kręte, co wymaga nieco wysiłku. Wejście komplikują osoby schodzące z wieży, ponieważ jest tylko jedna droga. Widok z góry jest niesamowity, w odróżnieniu od kopca znajdujesz się w centrum Lwowa i widok jest zupełnie inny, choć równie piękny. Odwiedziliśmy również kopalnię kawy, gdzie pod ziemią w totalnej ciemności kelner przygotowywał dla nas kawę z rumem. Ostatnim punktem atrakcji tego dnia było muzeum piwa, które sprawiło nam wiele frajdy, ponieważ było bardzo interaktywne. Mogliśmy wszystkiego dotknąć, pokręcić korbami, co nie jest dość spotykane w muzeach. Każde porządne zwiedzanie muzeum piwa musi zakończyć się degustacją, wraz z piwnymi przekąskami i tak też musiało być w tym przypadku. Mimo, iż nie jesteśmy piwnymi koneserami to było to dla nas przyjemne doświadczenie.
Przez pozostałą część dnia odwiedzaliśmy lokale gastronomiczne próbując lokalnych potraw i napoi, przeplatając stoiska i lokale pijanej wiśni. Ostatniego dnia nie mieliśmy zbyt wiele czasu, więc zdążyliśmy się tylko spakować i przygotować na powrót do Polski. Wracając autem z Katowic do Warszawy odwiedziliśmy pustynię Błędowską oraz zamek w Ogrodzieńcu, który pojawił się nawet w serialu wiedźmin na netflixie. Była to nasza pierwsza wspólna podróż, lecz mamy nadzieję, że nie ostatnia. Bardzo ciężko znaleźć tak pozytywne osoby z bakcylem podróżowania, co Klaudia i Błażej.
PS. Jeśli się dobrze spisaliśmy być może jeszcze kiedyś gdzieś razem pojedziemy i napiszemy kolejny post ;).