Poles on tour

Poles on tour Wpisy z naszej podróży życia na drugi koniec świata

Są takie kraje, takie miejsca na tym pięknym świecie, w których czas płynie jakby wolniej. Jest tam gorąco, jest morze. ...
12/07/2021

Są takie kraje, takie miejsca na tym pięknym świecie, w których czas płynie jakby wolniej. Jest tam gorąco, jest morze. Na dobrą sprawę, gdyby nie podły kapitalizm, który wymaga pogoni za sukcesem, człowiek mógłby żyć w domku na plaży, niczego nie potrzebując. Budzić się, leniuchować, iść spać. Jak w rajskim ogrodzie. Takim miejscem szczęśliwym naszym zdaniem jest Chorwacja, choć trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Tak niedaleko od nas, ledwie dzień drogi.

Naszą chorwacką przygodę zaczęliśmy od wyspy Krk, rzut beretem od Rijeki. Pokonaliśmy Krčki most, który w zeszłym roku był darmowy i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Pomysł był taki, żeby znaleźć pole namiotowe blisko plaży i na niej spędzić cały dzień. Bez żadnego kursowania autem. Zaznać trochę tej lekkości bytu. I udało się: w związku z tym, serdecznie polecamy kamping "Mali Raj" w miejscowości Glavotok. Z namiotu piękny widok na Adriatyk, a na małą, urokliwą plażę zaledwie kilka minut spacerkiem. Cudownie!

Kolejnego dnia ruszyliśmy na północ - do Istrii. Szerokim łukiem ominęliśmy bardzo turystyczne Rijekę i Opatiję, by dotrzeć do Puli - o zgrozo jeszcze bardziej turystycznej. Tutaj już nie czuć tego spokojnego rytmu. P**a to tętniące życiem miasto, choć pełne zabytków: i to one nas tu przyciągnęły. Amfiteatr, którego budowa rozpoczęła się jeszcze ante Christum; Łuk Sergiusza, czyli pozostałości bramy miejskiej; czy też świątynia Augusta, jedna z najlepiej zachowanych budowli z czasów rzymskich poza Włochami.

No dobra, a co jeśli jednak wolimy plażę? Proszę bardzo - półwysep Kamenjak czeka! Mnóstwo dzikich zatoczek, których liczność gwarantuje, że będziecie sami. Jest to także dosyć nietypowy park krajobrazowy, bo taki który zwiedza się samochodem. W miejscowości Premantura należy się zarejestrować i uiścić opłatę. Następnie po niesamowicie nierównych, szutrowych drogach (które kosztowały mnie obie końcówki drążków kierowniczych) można dotrzeć już wszędzie. Jej, ale tam było cudownie!!!

To był już koniec naszej zeszłorocznej podróży. Ale nie koniec postów o Chorwacji i Bałkanach. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że nasz tegoroczny urlop się uda. Będzie jeszcze dalej i jeszcze piękniej. Stay tuned!

Balaton, czyli największa kałuża Europy.No właśnie, kałuża. Nie jest to największe jezioro w Europie. Tam już byliśmy, t...
16/05/2021

Balaton, czyli największa kałuża Europy.

No właśnie, kałuża. Nie jest to największe jezioro w Europie. Tam już byliśmy, to Ładoga pod Petersburgiem. Natomiast Balaton jest największą kałużą. Średnia głębokość - 3,2 metra. Z całym szacunkiem, Zegrzyński ma więcej. Za to trzeba Balatonowi oddać, że przez tą nikłą głębokość, jego barwa jest przecudowna. Sami zobaczcie na zdjęciach poniżej.

My, nad Balatonem, spędziliśmy trzy noce na jednym z pól namiotowych w miejscowości Badacsonytomaj. Musimy się Wam przyznać, że to pierwszy nasz nocleg na kampingu. Cholera, fajne to! Naprawdę się nam spodobało.

No to teraz co zobaczyć wokół Balatonu... Na pewno nie warto zatrzymywać się w miejscowości Siofok. Takie węgierskie Władysławowo. Ale tuż obok jest prom, który skróci Wam drogę na drugi brzeg. Łączy on Szantod z półwyspem Tihany. A tam czeka na Was lawendowy świat: lawendowe lody, lawendowe mydła, lawendowe ubrania i lawendowe piwo. Jak możecie się domyślić, na półwyspie Tihany uprawia się lawendę. Ot, ciekawostka!

Kraina wokół Balatonu to także zamki rozsiane po licznych wulkanicznych szczytach. Szczególnie warto odwiedzić dwa: Szigliget - skąd rozpościera się piękny widok na jezioro i kilka wzgórz oraz Sumeg - tam widoki mierne, ale za to na miejscu jest wypiekany pyszny kurtoszkalacz i można pobiegać trochę po murach.

Na stokach wzgórz, na wulkanicznej glebie, bardzo dobrze rosną winorośle. Nic dziwnego, że w naszych sklepach jest taka liczba węgierskich win. Warto więc pewnego wieczoru zrobić, to co my zrobiliśmy - zostawić samochód w obozowisku, pójść na spacer do okolicznej winnicy i wypić kieliszek (lub dziesięć) świeżutkiego wina. Najlepiej!

Jest jeszcze jedno miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić. Wspominamy je do dziś. W miejscowości Heviz znajduje się największe, naturalne jezioro termalne. W lecie ma około 35 stopni. I żeby nie było, żaden to basen czy inny aquapark: regularne, głębokie jezioro. Na tyle głębokie, że bez podstawowych umiejętności pływackich nie ma co się zapuszczać, bo gruntu nie uświadczycie. No chyba, że wynajmiecie od przedsiębiorczych Węgrów piankowe makarony :D Dla zmęczonych są poręcze, których można się przytrzymać. Pół dnia wspaniałego wypoczynku...

Skoro już jesteśmy przy pływaniu, czas odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: czy warto kąpać się w sierpniowym Balatonie?
Odpowiadamy: no mogłaby być ta woda ciut cieplejsza...

Budapeszt. Stolica Węgier. Najlepsze miasto na świecie. Jesteśmy zakochani w Budapeszcie od czasu naszej pierwszej wizyt...
08/05/2021

Budapeszt. Stolica Węgier. Najlepsze miasto na świecie.

Jesteśmy zakochani w Budapeszcie od czasu naszej pierwszej wizyty w 2016 roku. Miasto zachwyciło nas architekturą, klimatem, jedzeniem, ale i taką pospolitą zwyczajnością, przez którą z wielką chęcią moglibyśmy tam zamieszkać. Z tym większym podekscytowaniem zajechaliśmy do Budapesztu w czasie wakacyjnej podróży do Chorwacji.

Życie Budapesztu wyznacza płynący przez niego Dunaj. To on oddziela Budę i Obudę od Pesztu. Wzdłuż niego znajduje się Cytadela i Parlament. Przez niego przerzucony jest słynny Most Łańcuchowy. Na nim znajduje się Wyspa Małgorzaty, z wybitnymi ścieżkami biegowymi i aquaparkami. A przede wszystkim, to on znajdzie się na każdym zdjęciu wykonanym z Baszty Rybackiej. Poza tymi, obowiązkowymi do zaliczenia punktami, my polecamy przepłynąć się po Dunaju tramwajem wodnym - wspomnienia gwarantowane.

Budapeszt jest fantastycznie zbudowany. Właściwie każdy punkt w centrum otoczony jest zabytkowymi kamieniczkami. Dodatkowo stare tramwaje jeżdżące przez centrum robią atmosferę wprost z Lizbony. Jednym z nich, kursującym po linii nr 2, dojedziecie do budynku Parlamentu. Z zewnątrz, swoim ogromem, robi równie piorunujące wrażenie, jak swoim przepychem od wewnątrz - można go zwiedzać, ale koniecznie zarezerwujcie bilety z wyprzedzeniem.

Zdecydowanie najlepszy widok na Parlament można znaleźć na drugim brzegu, na Wzgórzu Zamkowym. Wejście tam to niezła wspinaczka, ale dla leniwych można wjechać zabytkowym funikularem lub autobusem nr 16. Co tam zobaczyć? Koniecznie Zamek Królewski, Kościół św. Macieja oraz, znajdującą się tuż obok, Basztę Rybacką. Bardzo podobał nam się także spacer murami po zachodniej stronie wzgórza - chociaż może to dlatego, że zacieniony park był przyjemną odmianą w drodze do samochodu.

Skoro już jesteśmy w lewobrzeżnej części miasta... Jedną z węgierskich tradycji są łaźnie, termy i kąpiele siarkowe. Przyszło to za Rzymianami i już jakoś zostało. Najbardziej znaną łaźnią w Budapeszcie jest Łaźnia Gellerta. Jednak w czasie naszej pierwszej wizyty, była promocja, w której do biletu weekendowego na komunikację miejską, dorzucano duży rabat na wstęp do Łaźni St. Lukacs. Jak więc z tego nie skorzystać? Fenomenalny wypoczynek po dniu pełnym zwiedzania. Uważajcie tylko, by siarka nie odbarwiła biżuterii!

Ostatnim punktem, który możemy Wam polecić, w tym przydługim poście, jest park miejski Varosliget. Dojechać można tam linią M1 - najstarszą linią metra w kontynentalnej Europie. Mnóstwo stawów, zacienionych polanek, łaźnie Szechenyi i setki budek z pysznym jedzonkiem (w jednej z nich nazwanej "BRGR" jadłem najlepszego burgera w moim życiu). A w nich węgierskie klasyki na wynos: langosze i kurtoszkalacze. Niebo w gębie!

Mamy wrażenie, że w przeciągu tych czterech lat naszej nieobecności, Budapeszt wypiękniał. Tylko Suzuki Swiftów jakoś tak mniej na ulicach... No i to na tyle ze stolicy Węgier. W kolejnym poście pojedziemy trochę za zachód i będziemy się lenić :D

Dziś taki post zapchajdziura, w oczekiwaniu na aktualne wyjazdy 😁 W zeszłe wakacje, korzystając z krótkiego okienka, gdy...
25/03/2021

Dziś taki post zapchajdziura, w oczekiwaniu na aktualne wyjazdy 😁 W zeszłe wakacje, korzystając z krótkiego okienka, gdy podróżowanie po Europie było możliwe, wybraliśmy się naszym dzielnym Hyundaiem do Chorwacji. Cały ten wyjazd moglibyśmy tak naprawdę zamknąć w dwu postach, a zrobimy cztery - stąd dziś zapchajdziura.

Plan podróży zakładał jazdę "na strzał" do Budapesztu, dalej okolice Balatonu i na koniec plażing i smażing w chorwackim regionie Istria. Ja, piszący ten post, jestem strasznym sknerą jeśli chodzi o opłaty drogowe. A może po prostu jestem sknerą? Niemniej, nie do końca rozumiem, dlaczego płacąc dodatkowe podatki w paliwie, mam uiszczać opłaty za skorzystanie z autostrad. Tak więc, jeśli czas pozwala, robię z podróży wycieczkę, zaliczając wszystkie opłotki wzdłuż autostrad. I tak też było tym razem - zamiast do Budapesztu gnać przez Czechy i Bratysławę, pojechaliśmy tak na azymut jak to możliwe.

Na Słowację wjechaliśmy w Chyżnem. Plan był, by kierować się cały czas europejskim szlakiem E77, na który na Słowacji składają się drogi 59 i 66. I tym sposobem dotarliśmy ciut za Rużomberk. Odbiliśmy w prawo na wąską drogę, pnącą się stromo w górę i po kilku kilometrach dotarliśmy do osady Vlkolinec. Technicznie rzecz biorąc jest to nadal część Rużomberku, choć bardzo bardzo odległa. Na Vlkolinec składa się kilkadziesiąt drewnianych domów pochodzących z XIX wieku. Całość wpisana na listę dziedzictwa UNESCO. Każdy domek w innym kolorze, brukowane uliczki, a nawet mini-zoo - tego możecie się spodziewać po tej ukrytej perełce.

Ruszyliśmy dalej. Przekroczyliśmy granice węgierską. Dzień był jeszcze młody, więc uznaliśmy, że przeprawimy się na drugi brzeg Dunaju i odwiedzimy Szentendre. Historia tego miasteczka ma już ponad 1000 lat, więc nie ma co się dziwić, że jest to wielka turystyczna atrakcja. W gąszczu wąskich i krętych uliczek, zgubić się nie jest niczym trudnym. Na uwagę zasługuje główny plac starówki (Fo ter) z krzyżem morowym z XVIII wieku. Przy placu możecie znaleźć mnóstwo lodziarni, kawiarni i knajpek, by ukryć się od węgierskiej spiekoty. My polecamy jeszcze instagramową uliczkę Bercsenyi, mile zacienioną kolorowymi parasolami. Można się też przejść bulwarem wzdłuż brzegu Dunaju, choć zdecydowanie przystojniej wygląda on kawałek w dół jego biegu, w Budapeszcie.

I właśnie o Budapeszcie będzie traktował kolejny post. Spróbujemy sklecić coś z naszych wizyt z 2016 i 2020 roku 😅

Cześć z tej strony Paulina i Bartek, nadajemy z kawalerki na Włochach. Dziś mała niespodzianka, ponieważ dostąpiliśmy za...
14/03/2021

Cześć z tej strony Paulina i Bartek, nadajemy z kawalerki na Włochach. Dziś mała niespodzianka, ponieważ dostąpiliśmy zaszczytu opisania wspólnej podróży z on Tour. Na przełomie stycznia i lutego zeszłego roku spędziliśmy energiczny i pełen wrażeń długi weekend we Lwowie. Kilka miesięcy wcześniej spontanicznie udało nam się kupić bilety lotnicze z Katowic w świetnej cenie i grzech było nie skorzystać z takiej okazji. Lwów przez niektórych nazywany jest „Florencją północy” i przechadzając się po różnorodnych stylistycznie ulicach ciężko się z tym nie zgodzić, ale zaczynając od początku.

Nasz pierwszy dzień podróży rozpoczął przed godziną 5:00, a już o godzinie 8:30 czasu Lwowskiego byliśmy na miejscu naszej podróży. Pierwsze co zrobiliśmy po dotarciu, to uzbroiliśmy się w karty sim, aby móc się swobodnie komunikować. Pierwszym zwiedzonym przez nas miejscem był główny rynek, który otoczony jest pięknymi kamienicami, reprezentującymi różne style i ukazującymi wielokulturowość tego miasta. Wśród budynków największą uwagę przykuwa czarna kamienica Bandinellich z dziedzińcem i piętrowymi krużgankami (ulubiony zabytek Klaudii). Aktualnie znajduje się tam muzeum historyczne. Jeśli ktoś spodziewa się spokojnych deptaków, to jadące tramwaje szybko wyprowadzą go z tego błędu. Warto również poświęcić chwilę, by przyjrzeć się ratuszowi, którego strzegą kamienne lwy.

Po zameldowaniu się w naszym mieszkaniu z sarmacką kanapą, rozpakowaniu i odświeżeniu postanowiliśmy pójść coś zjeść. Klaudia z Błażejem zrobili wcześniej małe rozeznanie w ciekawych gastronomicznych lokalach, więc zdecydowaliśmy się pójść do „Najdroższej restauracji w Galicji”. Od samego wejścia mieliśmy mieszane uczucia. Wejście znajdowało się w mieszkaniu w starej kamienicy, dodatkowo aby wejść do środka trzeba było podać specjalne hasło. Po otworzeniu drzwi naszym oczom ukazał się stary pokój a w nim pan obierający ziemniaki, który obierkami karmił królika. Gdy już nam się udało dotrzeć do środka restauracji wystrój robił wrażenie. Ceny były kosmiczne, ale wiedzieliśmy, że na sam koniec dostaje się zniżkę 90%. Jednak niepokój pozostał z nami aż do momentu otrzymania rachunku. Paulina twierdzi, że nigdzie nie zjadła tak dobrej zupy grzybowej.

Najbardziej abstrakcyjnym miejscem, które zwiedziliśmy było podwórko zaginionych zabawek. Zaniedbana przestrzeń usypana starymi, najczęściej uszkodzonymi zabawkami, po zmroku wprowadzała w nas mały niepokój. Wydaje nam się, że nie jest to miejsce warte nakładania drogi tylko dla tej atrakcji.

Głównym punktem naszego pierwszego dnia była wizyta w Lwowskiej operze. Wybudowana w 1900 roku opera już z zewnątrz robi niemałe wrażenie, my natomiast chcieliśmy skorzystać z obejrzenia tego pięknego miejsca od środka, więc kupiliśmy bilety na spektakl Don Giovanni. Obsługa pokierowała nas do naszej loży. Tam usiedliśmy i zaczęło się oczekiwanie na przedstawienie. To właśnie wtedy mieliśmy okazję przyjrzeć się wystrojowi sali. Powiem Wam, że zarówno kurtyna Siemiradzkiego, przedstawiająca Apollina i Muzy, a także detale architektoniczne są rewelacyjne. To po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Chwilę później kurtyna uniosła się i zaczęło się przedstawienie. Wcześniej przeczytaliśmy całą sztukę, ponieważ była wystawiona po włosku z napisami w języku ukraińskim. Ku naszemu zdziwieniu była to współczesna adaptacja tej sztuki, dość kontrowersyjna i po pierwszym akcie opuściliśmy spektakl… Jednak nie żałujemy, było warto poświęcić czas i zasiąść w loży. Ciekawe jest, że w podziemiach Opery znajduje się bar nawiązujący do pozakulisowego życia toczącego się na zapleczu opery w dwudziestoleciu międzywojennym.

W drodze powrotnej do mieszkania zwiedziliśmy kilka klimatycznych lokali, gdzie między innymi piliśmy absynt oraz drinki z probówek. Być może spędzilibyśmy na mieście więcej czasu, ale „pan maruda” (Błażej, żeby nie było wątpliwości) zarządził powrót do domu. Następnego dnia z rana chcieliśmy zjeść śniadanie w restauracji Baczewski, natomiast przyjście 10 minut przed otwarciem lokalu okazało się zbyt późnym. Kolejka kilkudziesięciu osób zniechęciła do dalszego oczekiwania.

Zwiedzanie drugiego dnia zaczęliśmy od cmentarza Łyczakowskiego. Długo zastanawialiśmy się jak zacząć opisywać to miejsce, dziesiątki autobusów wokoło cmentarza mogłoby sugerować, że jest to atrakcja turystyczna, ale dla nas jednak był to najbardziej doniosły punkt wycieczki. W tym jednym miejscu jak na dłoni widzimy historię i losy tego miasta, przypomina ono o tym, że ta ziemia i to miasto jest nierozerwalnie związane z historią Polski. Wrażenie jakie wywarł na mnie obraz pomników Orląt Lwowskich ciężko opisać. Większość nagrobków stanowiły młode osoby, które poświęciły swoje życie za ojczyznę, pięknie oddaje to napis na głównym sklepieniu pomnika "Mortui sunt ut liberi vivamus". Niedaleko znajdują się również groby powstańców styczniowych, które również należy obejrzeć. Na koniec postanowiliśmy przejść się przez aleję zasłużonych, gdzie pochowane są osoby, które zapisywały się wielkimi zgłoskami na kartach historii między innymi: Maria Konopnicka, Gabriela Zapolska, Konstanty Julian Ordon czy Stefan Banach (to miejsce było dla nas akurat szczególnie ważne, ponieważ oboje jesteśmy matematykami) .

Po takiej lekcji historii postanowiliśmy odwiedzić ważne miejsce związane z ostatnią postacią, a więc kawiarnię szkocką. Właśnie w tym miejscu Stefan Banach wraz z przyjaciółmi spędzał godziny na rozmowie o matematyce, a także zapisywał na serwetkach różne twierdzenia. Kawiarnia już nie istnieje, natomiast budynek jest dobrze zachowany i oddaje klimat epoki. Ostatnim punktem tego dnia było odwiedzenie kopca unii lubelskiej na wysokim zamku. Miejsce również związane z historią Polski, lecz posiadające niezwykłe walory estetyczne. Widok na panoramę Lwowa z tego miejsca jest zdumiewający i warty pokonania kilkuset schodów. Po drodze można kupić pamiątki lub pozować ulicznym artystom w celu stworzenia spersonalizowanego prezentu.

Trzeciego dnia naszego wypadu wstaliśmy skoro świt i tym razem udało nam się załapać na śniadanie w restauracji Baczewski. Po tym czego doświadczyliśmy, wiemy dlaczego tak długie są tam kolejki. Atmosfera, która tam panuje jest wyjątkowa. Mnóstwo zieleni, kobieta na fortepianie urządza koncert na żywo, piękna zastawa stołowa, a przede wszystkim fenomenalne śniadanie, które na twoich oczach przygotowywał kucharz. Jedynym smutnym aspektem był fakt, że można było tam przebywać tylko godzinę. Gdyby nie ten fakt, to spędzilibyśmy tam cały dzień wsłuchując się w dźwięk fortepianu.

Najedzeni postanowiliśmy zdobyć wieżę ratuszową. Wejście na wieżę jest bardzo długie i wąskie, schody są wysokie i kręte, co wymaga nieco wysiłku. Wejście komplikują osoby schodzące z wieży, ponieważ jest tylko jedna droga. Widok z góry jest niesamowity, w odróżnieniu od kopca znajdujesz się w centrum Lwowa i widok jest zupełnie inny, choć równie piękny. Odwiedziliśmy również kopalnię kawy, gdzie pod ziemią w totalnej ciemności kelner przygotowywał dla nas kawę z rumem. Ostatnim punktem atrakcji tego dnia było muzeum piwa, które sprawiło nam wiele frajdy, ponieważ było bardzo interaktywne. Mogliśmy wszystkiego dotknąć, pokręcić korbami, co nie jest dość spotykane w muzeach. Każde porządne zwiedzanie muzeum piwa musi zakończyć się degustacją, wraz z piwnymi przekąskami i tak też musiało być w tym przypadku. Mimo, iż nie jesteśmy piwnymi koneserami to było to dla nas przyjemne doświadczenie.

Przez pozostałą część dnia odwiedzaliśmy lokale gastronomiczne próbując lokalnych potraw i napoi, przeplatając stoiska i lokale pijanej wiśni. Ostatniego dnia nie mieliśmy zbyt wiele czasu, więc zdążyliśmy się tylko spakować i przygotować na powrót do Polski. Wracając autem z Katowic do Warszawy odwiedziliśmy pustynię Błędowską oraz zamek w Ogrodzieńcu, który pojawił się nawet w serialu wiedźmin na netflixie. Była to nasza pierwsza wspólna podróż, lecz mamy nadzieję, że nie ostatnia. Bardzo ciężko znaleźć tak pozytywne osoby z bakcylem podróżowania, co Klaudia i Błażej.
PS. Jeśli się dobrze spisaliśmy być może jeszcze kiedyś gdzieś razem pojedziemy i napiszemy kolejny post ;).

Po drugiej stronie cieśniny Sund, patrząc od Kopenhagi, leży szwedzkie Malmo. Można powiedzieć, że to taki "mniejszy bra...
07/03/2021

Po drugiej stronie cieśniny Sund, patrząc od Kopenhagi, leży szwedzkie Malmo. Można powiedzieć, że to taki "mniejszy brat" stolicy Danii. O połowę mniej ludny i zdecydowanie mniej turystyczny. Jednak my, uwielbiający klimat nieodkrytych perełek, stwierdziliśmy że może jednak warto poświęcić trochę czasu i skoczyć przez cieśninę...

A nie jest to trudne. W 2000 roku (jej, to już 21 lat temu) otwarto ogromny Most nad Sundem. Ta przeprawa drogowo-kolejowa tak naprawdę składa się z tunelu o długości 3,5 kilometra i mostu liczącego prawie 8 kilometrów. I to właśnie most najmocniej zachwyca, gdy niknie za horyzontem... Ale o tym za moment!

Dotarliśmy na główną stację kolejową w Kopenhadze. Złapanie pociągu z Kopenhagi H do Malmo C nie jest trudne. Połączenia są regularne, a podróż trwa około trzy kwadranse. Zakupiliśmy bilety i ruszyliśmy. W Malmo chcieliśmy zobaczyć cztery punkty: starówkę, pomnik Zlatana Ibrahimovica (serio), twierdzę oraz Most nad Sundem. Po krótkiej kontroli tożsamości, wysiedliśmy i skierowaliśmy się w kierunku pierwszej pozycji.

Malmo to miasto dosyć bogate historycznie (założone 650 lat temu, co by nie mówić), ale stare miasto było bez ogródek przebudowywane wielokrotnie. Na uwagę zasługują plac Lilla Torg ze swoimi parterowymi domkami, ratusz, kościół św. Piotra i tyle... Kilka sklepów z pamiątkami i dużo restauracji. Ruszyliśmy więc na długi spacer w kierunku stadionu Malmo FF, czyli lokalnej drużyny futbolowej.

Zlatan swoje pierwsze kroki w karierze seniorskiej stawiał właśnie w tym klubie. Mieszkańcy Malmo zwykli mówić "nasz Zlatan". Z tej też przyczyny w październiku 2019 roku przed stadionem klubu postawiono mu złoty pomnik. Dla Klaudii może była to żadna atrakcja, ale ja, piszący ten post, czekałem na zobaczenie tego pomnika jak dziecko na Boże Narodzenie. Nawet nie wiecie jak wielka była moja rozpacz, gdy przychodzimy na miejsce, a po pomniku została jedynie kamienna kula, będąca jego fundamentem. Pomnik w nocy zniszczono, a my byliśmy jednymi z pierwszych świadków jego braku. Otóż Zlatan takim świętoszkiem nie jest. Już po postawieniu pomnika przez Malmo FF kupił udziały w Hammarby. To tak jakby legendarny gracz Legii kupił Polonię. To nie przystoi. Pomnik był wiele razy oblewany farbą, czy podpalany, ale tamtej nocy, w ramach zorganizowanej akcji, przewrócono go i złamano w pół... (https://www.google.com/amp/s/www.sport.pl/pilka/7,64946,25567643,pomnik-zlatana-ibrahimovicia-zdewastowany-chuligani-calkowicie.amp)

Trochę zasmuceni, a przynajmniej ja, poszliśmy dalej w kierunku twierdzy. W drodze, bezpośrednio przed nami, pojawił się ogromny Turning Torso, czyli tutejszy wieżowiec. Zakręcony, blisko dwustumetrowy blok mieszkalny, z ponoć niesamowitymi widokami na wybrzeże. Park, w którym znajduje się twierdza jest bardzo urokliwy. Są śliczne wiatraki, fosa, czy wijące się ścieżki. Sama twierdzą także ciekawa, ale nam, urodzonym na Warmii, zamki tego typu są znane doskonale. Niemniej koniecznie trzeba zobaczyć to miejsce, gdy już będziecie w Malmo.

Wróciliśmy do centrum, by złapać autobus na przedmieścia. Tamże, na wybrzeżu cieśniny Sund, znajduje się punkt widokowy na Most nad Sundem. Nie wiedzieliśmy, czy warto tam jechać. Trochę daleko, zaczyna robić się już szarówka, a nie wiadomo czy ewentualne zdjęcia będą dobrze oddawać widok na most. No ale nie ma co robić - jedziemy! I to był strzał w dziesiątkę. Jak bardzo, to zapraszamy do zdjęć. Most jest fenomenalny. Nieprawdopodobny. Przekraczający ludzkie wyobrażenie. Niknie za horyzontem, jak gdyby szeroka cieśnina nie była niczym specjalnym. Wow!

No ale zrobiło się ciemno i czas wracać do Kopenhagi. Złapaliśmy kolejny autobus, którym dotarliśmy do stacji Malmo Hyllie, skąd także odchodzą pociągi do stolicy Danii. I tak oto zakończył się miły dzień w trzecim największym mieście Szwecji. Czy warto? Przejazdem - tak, będąc w Kopenhadze - tak, ale chyba, gdyby był to jedyny cel waszej podróży, bylibyście zawiedzeni...

Żegnamy się i do zobaczenia w kolejny poście, tym razem z miasta na wschód od Polski!

JAK ZWIEDZIĆ KOPENHAGĘ I NIE ZBANKRUTOWAĆ?W skrócie: nie da się :D A ogólnie rzecz ujmując: na jeden z przedpandemicznyc...
28/02/2021

JAK ZWIEDZIĆ KOPENHAGĘ I NIE ZBANKRUTOWAĆ?

W skrócie: nie da się :D A ogólnie rzecz ujmując: na jeden z przedpandemicznych weekendów wyrwaliśmy się do Kopenhagi - jednego z najszczęśliwszych miast świata. Jednak, gdy w pewien styczniowy poranek przybyliśmy do centrum tego miasta, z nieba lał deszcz, a na ulicy nie można było uświadczyć żywej duszy. Nic co by mogło sprawiać wrażenie miasta szczęśliwego. Ale dla nas brak tłoku to nawet lepiej, więc od razu zabraliśmy się za pilne zwiedzanie.

Pierwszym punktem było Nyhavn, czyli ulica i kanał w samym centrum Kopenhagi. Słynne jaskrawo pomalowane kamieniczki z pewnością lepiej prezentują się w pełnym słońcu, ale jak możecie zauważyć na zdjęciach, jakoś nam to nie przeszkadzało. Stamtąd już tylko rzut beretem do Amalienborg, a więc rezydencji duńskich monarchów. Tak, Dania jest monarchią konstytucyjną! Czystym przypadkiem na plac obok pałacu dotarliśmy dokładnie o 10.00 i mogliśmy obserwować cały rytuał zmiany warty przez straż pałacową.

Dalej znowu pieszką doszliśmy do pomnika Małej Syrenki, znajdującego się tuż obok kopenhaskiej twierdzy. Nie spodziewaliśmy się, że ta znana na cały świat rzeźba jest tak niewielka! Kilka fotek i przeszliśmy się jeszcze zobaczyć "Genetycznie modyfikowaną Małą Syrenkę", która była dosłownie kilkaset metrów dalej. Śmiesznie...

Do centrum wróciliśmy już tramwajem wodnym, który pływa dosyć często po głównym kanale. Zgłodnieliśmy, więc wybraliśmy się na tutejszy przysmak, czyli kanapki Smagsloget. Były ogromne i pyszne, ale tutaj Kopenhaga pokazuje swoją drogą stronę - kosztowały ponad 60 zł od sztuki... No nic, po obiadku należał się deserek, więc poszliśmy do polecanej przez youtubowych vlogerów kawiarni Skt. Peders Bageri, by skosztować oryginalnych bułeczek cynamonowych. Polecamy całym serduszkiem!!!

Ostatnim must see była wieża Rundetaarn, z której rozpościera się piękna panorama na całe miasto. Poza tym można naszym śladem skoczyć do Christianii, czyli projektu (?), komuny (?) (jak to właściwie nazwać, ratunku?)... miejsca, w którym wszystko wolno. O, tak będzie odpowiednio :D Jeśli ktoś ma budżet i dużo wolnego czasu, może odwiedzić park rozrywki Tivoli. Nam na pewno podobało się jeszcze w parku Den Sorte (tam kręcili reklamę Forda Pumy https://www.youtube.com/watch?v=TP_u2uoewpU): bardzo instagramowa miejscówka. No i jeszcze dwa powody do zbierania szczęki z podłogi: autonomiczne metro oraz liczba rowerów wszędzie! WOW!

Kopenhaga jak już wspomnieliśmy jest droga. Za nocleg (w namiocie w byłym biurowcu; na zdjęciach) zapłaciliśmy 424 zł za dwie noce. To jest ponad dwie stówki za noc w pokoju, który technicznie nie jest pokojem i wspólną toaletą... Słono. Dalej: bilet na komunikację miejską na dwie doby to 182 zł. Dwie kawy i ciastko - 72 zł. Dwa bilety powrotne do Malmo, czyli jakieś 30 km - 110 zł (ajjj, wygadałem się...). Jest naprawdę drogo, więc wszystko co potrzebne, a nie jest płynem przeszmuglowaliśmy z kraju.

No i to tyle z duńskiej stolicy. Zdjęcia poniżej. A w kolejnym poście podpowiemy, co robić, gdy Dania zbrzydnie i zaczniecie się nudzić. Pozdrowionka!

Dziś już ostatni post z Islandii. Tym razem postanowiliśmy przygotować ranking... Gdy tak jeździliśmy po tej jakże cudow...
12/02/2021

Dziś już ostatni post z Islandii. Tym razem postanowiliśmy przygotować ranking... Gdy tak jeździliśmy po tej jakże cudownej wyspie, co i rusz przydrożne znaki kierowały nas na miejsca zakończone na "...foss". Foss to po islandzku wodospad. A my, jak te ciołki, zahaczaliśmy o każdy jeden z nich. Jak możecie się już domyślać, dzisiejszy post to
"TOP 5 WODOSPADÓW NA ISLANDII KTÓRYCH NIE MOŻESZ PRZEGAPIĆ!!!"

Miejsce nr 5
Kirkjufellsfoss
Ten punkt to taka fotogeniczna perełka, że znajduje się nawet na wygaszaczu ekranu w Windowsie. Jednocześnie był to niejako koniec naszej podróży, bo stamtąd już tylko wracaliśmy w kierunku Reykjaviku. Mamy tutaj niewysoki wodospad, który spada to doliny, a w tle widzimy górę Kirkjufell. Cudowne miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić będąc już na Islandii.

Miejsce nr 4
Hraunfossar + Barnafoss
Ogólnie Hraunfossar w Google Maps miał opis "dużo małych wodospadów" i cholercia w punkt! Po prostu jest tam mnóstwo małych strużek wody. Wygląda to zjawiskowo. Jest bardzo dobrze przemyślany taras widokowy i można tam cyknąć naprawdę niezłe zdjęcia. Ale to co jest clou tego miejsca to wodospad Barnafoss znajdujący się góra 50 metrów stamtąd. Gdy my tam byliśmy, zasilany był błękitną wodą z (chyba) lodowca. W zadziwieniu staliśmy tam dobry kwadrans. Kawałek dalej jest też kładka nad wąwozem, z której też są przyzwoite widoki. I nikogo w zasięgu wzroku. Jak zawsze, zdjęcia poniżej.

Miejsce nr 3
Gullfoss
O tym potężnym wodospadzie wchodzącym w skład Golden Circle już pisaliśmy w zeszłym tygodniu. Piękny, ogromny. Składa się z dwóch kaskad schodzących w głąb wąwozu skalnego. I byłby on pewnie dużo, dużo wyżej, gdyby nie to że jest to Golden Circle. Mnóstwo ludzi, kilka kawiarni, parking pełen autokarów. Widok może i jeden z lepszych, ale nie na takiej turystyce nam zależy...

Miejsce nr 2
Skogafoss
Jest to 60 metrowy wodospad znajdujący się na południu wyspy, zaledwie kilkanaście kilometrów od czarnej plaży. To, że będziecie go mijać, jest pewne. Ale to nie wysokość robi wrażenie, co jego szerokość - aż 25 metrów. Spada on z klifu skalnego do stawu, przez co w powietrzu unosi się mnóstwo drobnych kropelek. Wystarczy 10 minut robienia zdjęć i człowiek jest przemoczony, jakby stał na deszczu. Obok wodospadu można wejść na platformę widokową, skąd w słoneczny dzień można obserwować jedną lub dwie tęcze. Nam to dane nie było, bo w zimę platforma zamknięta, a i dzień był pochmurny (to ten dzień, co zaczęła się śnieżyca, przez którą ledwo dojechaliśmy na nocleg).
A no i w tym miejscu kręcili scenę pocałunku Daenerys i Jona Snowa z "Gry o tron". Taka ciekawostka.

Miejsce nr 1
Svartifoss
Na miejscu pierwszym, myślę że zasłużenie, znalazł się Svartifoss. Ani on najwyższy, ani najszerszy. Po prostu wodospad. Więc dlaczego znalazł się na pierwszym miejscu? W skrócie, za atmosferę i otoczkę. Nie jest łatwo do niego dotrzeć zimą. Ścieżka bywa oblodzona, po kolana zasypana śniegiem, albo oba. Ale, gdy już się dotrze na miejsce, jest się wynagrodzonym. Wokół wodospadu na magmowych, sześciokątnych, skalnych słupkach wiszą kilkumetrowe sople. Wodospad spada do śnieżnego komina i tamże znika, by dalej popłynąć pod naszymi stopami, zamarzniętym potokiem. Miejsce ikoniczne i dosyć bezludne. I to jest dokładnie to, co nam się podoba!

Znowu zaczął padać śnieg, więc myślami przenieśliśmy się do zeszłorocznego wyjazdu na Islandię. Opowiedzieliśmy już Wam,...
07/02/2021

Znowu zaczął padać śnieg, więc myślami przenieśliśmy się do zeszłorocznego wyjazdu na Islandię. Opowiedzieliśmy już Wam, drodzy czytelnicy, o Reykjaviku, w którym spędziliśmy dwa dni, o tym, jak polować na zorzę polarną oraz o tym, jak się podróżuje po tej zaśnieżonej, ale jakże pięknej wyspie. Teraz czas na trochę opowieści o zwiedzaniu.

Jest na Islandii coś co się zowie "Golden Circle". To taki zbiór atrakcji przyrodniczych, który można objechać w jeden dzień, nocując w Reykjaviku. Tak też zrobiliśmy, zaczynając od wodospadu Glymur. Mówi się, w zależności od źródła, że to pierwszy lub drugi najwyższy wodospad Islandii. Dotrzeć można do niego drogą nr 47 i dalej pieszo z parkingu. Dochodzi się wąską ścieżką do wąwozu, do którego należy zejść - są schody, ale w zimie dosyć oblodzone. Podejrzewam, że latem przejście przez strumień może być uciążliwe, ale w trakcie naszej wizyty wszystko było skute lodem, więc pod sam wodospad mogliśmy przejść wąwozem. Niesamowite miejsce i patrząc po śladach butów, bardzo rzadko odwiedzane przez turystów.

Stamtąd ruszyliśmy drogą nr 48, a potem drogą nr 36 do Thingvellir, czyli "kolebki Islandii". Obszar dwojako ciekawy. Ciekawy geograficznie, bo stykają się tu dwie płyty tektoniczne, tworząc tzw. Grzbiet Reykjanes. Widać tutaj jak na dłoni wąwóz jaki tworzą oddalające się od siebie płyty. Druga ciekawa sprawa, to fakt, że to w tym miejscu zbierał się przez osiem wieków (począwszy od 930 roku) islandzki parlament. No i właśnie dlatego jest to jedyne kulturowe miejsce UNESCO na wyspie.

Ale jedziemy dalej, bo przed nami nadal trzy punkty do zaliczenia! Kilkadziesiąt kilometrów dalej docieramy do miejscowości Geysir. Nie no, ale zaspojlerowałem! Jak już się domyślacie, to tutaj znajduje się całe pole gejzerów, od których wzięła się w ogóle nazwa tego przyrodniczego zjawiska... Dwa które są najciekawsze to Strokkur, który wyrzuca wodę na 30 metrów do góry co kilka minut oraz Geysir, który wyrzuca wodę na 70 metrów, ale bardzo nieregularnie i to góra kilka razy na dobę. Nie dziwne więc, że największe tłumy zawsze kłębią się wokół Strokkura. Fotki poniżej. Uważajcie na lód pod stopami!

Przedostatni przystanek wycieczki to wodospad Gullfoss. Potężny, choć nie taki znowu wysoki. Składa się z dwóch kaskad, po 11 i 21 metrów. To co zapamiętaliśmy chyba najbardziej z tego miejsca to wiatr. Pamiętam, jak w jednym z odcinków Bear Grylls skakał, a wiatr przesuwał go o metr do tyłu. To tego typu wicher nam tam towarzyszył. Dramat! Ale wodospad niczego sobie. O wodospadach ogólnie popiszę trochę w kolejnym poście.

No i na koniec tak wycieńczającego dnia w podróży (ach te znoje podróżników), postanowiliśmy pojechać na darmowe gorące źródła znajdujące się w pobliżu. Konkretnie te: Hrunalaug. Małe, ale mało znane. Woda przyjemnie gorąca, a powietrze takie zimne. Tylko po zakończonej kąpieli trzeba się szybciutko przebierać i biegusiem do auta!

No i tak to się prezentuje. Jeśli nie macie wypożyczonego samochodu, to nie jest trudno znaleźć wycieczki jednodniowe z Reykjaviku. Warto! Tymczasem zapraszamy do obejrzenia jeszcze zdjęć i słyszymy się w kolejnym poście :D

Address

P**a

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Poles on tour posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Contact The Business

Send a message to Poles on tour:

Share