familyadventuresquad

familyadventuresquad Jesteśmy rodziną z dwójką dzieci, od wielu lat podróżujemy w każdej wolnej chwili, każdym dostępnym środkiem transportu.

Mamy za sobą wycieczki zorganizowane (choć niewiele), wypady samochodowe na odległości bliższe i dalsze, za kierownicą samochodu poznałem kulturę jazdy zarówno na Bałkanach jak i w Mołdawii czy Rosji. Były udane wypady kamperem - wypożyczonym i własnym, było wiele lotów, wycieczek rowerowych i wędrówek pieszych. Od lat organizujemy wyjazdy sami, sami wszystko planujemy, rezerwujemy i kupujemy, lub

imy czuć tą niezależność w podróży i wpływ na wiele jej elementów. Samo planowanie to już początek podróży - więc mentalnie w obecnej podróży jesteśmy już pewnie z 2-3 lata, a fizycznie ruszamy 7 lipca 2023. Postanowiliśmy zwiedzić świat w nieco dłuższej formie, wybywamy na przynajmniej rok i zapraszamy Was do podróżowania z nami.

Indonezja - Kawah IjenScroll down to see the english textNagle zrobiło mi się ciemno przed oczami, a w plecach coś trzas...
04/04/2024

Indonezja - Kawah Ijen

Scroll down to see the english text

Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami, a w plecach coś trzasnęło cicho tak jakby organizm prosił żeby mu tego nie robić...
Pomyślałem sobie że to niemożliwe, musiałem coś źle złapać, zaraz lekko zmienię pozycję i będzie dobrze. Przecież sam widziałem jak on to niósł, z dołu, wąską ścieżką pod górę, w trzydziestostopniowym upale, a później się uśmiechnął i zapytał skąd jesteśmy.
Porozmawialiśmy przez chwilę, my chłopy w prawie takim samym wieku - ja na wyjeździe życia, on w pracy jak co dzień. Po prostu chciałem spróbować jak to jest, męska chęć sprawdzenia siebie - postawił kosze z uśmiechem na ziemi obok mnie i pokazał jak wsunąć na ramiona.
Zaparłem się drugi raz, podniosłem, spróbowałem się wyprostować i uśmiechnąć ale chyba kiepsko mi poszło. Poklepał mnie po plecach i powiedział:
- "You are very strong man..."
Wydusiłem tylko że nie, że to on jest bardzo silnym mężczyzną, miałem cholerną chęć go przytulić ale tylko ukradkiem otarłem łzę i uśmiechnąłem się do niego.
Dopiero teraz zapytałem ile ważą te kosze, jak często z nimi wchodzi na górę i dlaczego to robi. Wiedząc że każdy taki spacer skraca jego życie w dziesięciokrotnie szybszym tempie niż jego przeciętnego rówieśnika w Europie.

Wraz z kolegami kursują dwa, trzy, czasem cztery razy dziennie. Jeden kurs to około czterdziestu minut pod górę nie licząc ładowania na dole w ciężkich, gryzących oparach siarki.
Każdy kurs to około osiemdziesiąt kilogramów siarki na plecach (80kg!!), w twardych wiklinowych koszach na drewnianym drągu wbijających się w plecy i tworzących zgrubiałe rany na skórze które nigdy się nie goją.
Za ten trud ich rodziny mogą żyć na wyższym poziomie niż przeciętna w tych okolicach, mieszkać w lepszych domach, jeść lepiej i więcej. Za cenę życia ojca, życia krótszego od przeciętnej o średnio 30%.
Mimo to - niełatwo się dostać do tej pracy, jest ona swego rodzaju prestiżem. Skraca życie lecz czyni je lepszym dla bliskich.

Cały proces wygląda tak:
- w kraterze znajdują się fumarole - inaczej ekshalacje wulkaniczne. Z nich wydobywają się gazy, para wodna i siarka. Do tych fumaroli włożone są rury o długości 10-25 metrów którymi siarka w postaci płynnej spływa bliżej brzegu aby był do niej łatwiejszy dostęp. Z płynnego czerwonego stanu do twardego żółtego siarka przechodzi dopiero po obniżeniu temperatury do około 120 stopni Celsjusza
- tą twardą żółtą siarkę górnicy odłupują żelaznymi prętami niekoniecznie czekając aż całkiem ostygnie
- odłupane kawały ładują do wiklinowych koszy po ok 35-40 kg na jeden kosz. Kosze są połączone pałąkiem w pary, górnik bierze na plecy dwie sztuki
- teraz już tylko spacer - niecały kilometr stromą ścieżką pod górę w klapkach i z 80 kg na plecach, a następnie już szeroką drogą z wulkanicznego pyłu 4 km w dół, tutaj już wspomagani prostymi dwukołowym wózkami

Teraz już można odebrać wynagrodzenie, około 800 rupii indonezyjskich za kilogram czyli pięć setnych dolara amerykańskiego.
Pięć setnych. Za kilogram.
Kopalnia sprzedaje kilogram za 8000 rupii czyli dziesięć razy więcej.
Teoretycznie to mało, ale... Chętnych jest więcej niż miejsc, górników jest około 400 z czego w ciągu jednego dnia pracuje połowa, więcej się nie zmieści w niewielkim kraterze.
Za miesiąc takiej pracy można średnio otrzymać 200 USD, to około dwa razy więcej niż średnie wynagrodzenie na Jawie.
Do tego dochodzą napiwki za zdjęcia z turystami, za wwiezienie chętnych turystów na wulkan tym samym wózkiem którym zwożona jest siarka - tak, są na to chętni.
Chciałbym jakoś mądrze zakończyć ten temat ale nie mam pomysłu.
Fajnie byłoby aby każdy z nas mógł pokazać swoim dzieciom jak wygląda praca i codzienne życie w innych rejonach świata.

Indonesia - Kawah Ijen

Suddenly it got dark before my eyes, and something quietly snapped in my back, as if my body was begging me not to do this to it... I thought to myself it was impossible, I must have lifted something wrong. I'll just change position slightly, and everything will be fine. After all, I saw him carrying it from below, along a narrow path uphill, in thirty-degree heat, and then he smiled and asked where we were from. We talked for a while, us guys of almost the same age - me traveling, him working as usual. I just wanted to see what it's like, the male urge to test oneself - he placed the baskets with a smile on the ground next to me and showed me how to slip them onto my shoulders. I resisted for the second time, lifted, tried to straighten up and smile, but I guess I didn't do it well. He patted me on the back and said, "You are very strong man..." I just muttered that no, he's the very strong man, I had a damn urge to hug him but only discreetly wiped a tear and smiled at him. Only then did I ask how much the baskets weigh, how often he goes up with them, and why he does it. Knowing that every such walk shortens his life at a rate ten times faster than his average European peer.

With his colleagues, they operate two, three, sometimes four times a day. One trip is about forty minutes uphill, not counting the loading at the bottom in heavy, biting sulfur fumes. Each trip is about eighty kilograms of sulfur on their backs (80kg!!), in hard wicker baskets on a wooden yoke digging into their backs and forming thickened wounds on the skin that never heal. For this hardship, their families can live at a higher level than the average in those areas, live in better homes, eat better and more. At the cost of a life, a life shorter than the average by an average of 30%. Still - it's not easy to get this job, it's a kind of prestige. It shortens life but makes it better for loved ones.

The whole process looks like this:

- there are fumaroles in the crater - otherwise volcanic exhalations. Gases, steam, and sulfur emanate from them. Pipes of 10-25 meters in length are inserted into these fumaroles, through which liquid sulfur flows closer to the shore for easier access. Sulfur transitions from a liquid red state to a hard yellow state only after the temperature drops to about 120 degrees Celsius

- miners chip off this hard yellow sulfur with iron rods, not necessarily waiting for it to cool completely

- the chipped pieces are loaded into wicker baskets, about 35-40 kg per basket. The baskets are connected by a yoke in pairs, the miner takes two on his shoulders

- now just a walk - less than a kilometer uphill on a steep path in flip-flops with 80 kg on their backs, and then a wide road of volcanic dust 4 km downhill, here already assisted by simple two-wheeled carts

Now they can collect their pay, about 800 Indonesian rupees per kilogram, which is five hundredths of a US dollar. Five hundredths. Per kilogram. The mine sells a kilogram for 8000 rupees, which is ten times more. Theoretically, it's little, but... There are more volunteers than spots, there are about 400 miners of which half work in a day, more won't fit in the small crater. In a month of such work, one can earn an average of 200 USD, which is about twice the average wage in Java. In addition, there are tips for photos with tourists, for taking willing tourists to the volcano on the same cart used to transport sulfur - yes, there are takers for that. I would like to end this topic somehow wisely, but I have no idea. It would be nice if each of us could show our children what work and daily life looks like in other parts of the world.

Indonezja - Tumpak SewuScroll down to see the english textIndonesia - Tumpak SewuPo kilku minutach marszu podjechał Aby ...
10/12/2023

Indonezja - Tumpak Sewu

Scroll down to see the english text

Indonesia - Tumpak Sewu

Po kilku minutach marszu podjechał Aby i ruszyliśmy w stronę kolejnego miejsca którego będąc na Jawie nie sposób pominąć.

Tumpak Sewu w języku jawajskim to tysiąc wodospadów, nie jest ani największy ani najwyższy ale z jakiegoś powodu przyciąga masę turystów więc i my chcieliśmy sprawdzić jak wygląda na żywo.

Po szybkim sprawdzeniu w Google Maps wyszło mi że to niecałe 100 km i 3 godziny jazdy, Aby szybko mnie wyprowadził z błędu - chciałem jechać dookoła stożka wulkanu - dobrze że akurat ten odcinek zrobiliśmy z kierowcą bo sam pewnie bym się tam wepchał. Podobnie było tydzień wcześniej gdzie wjechałem w górską drogę dla skuterów skutkiem czego trzeba było zawracać na 15 razy i straciliśmy półtorej godziny:)

Trasa zajęła nam blisko pięć godzin (150km), przyjechaliśmy zmęczeni, humor trochę popsuł nam pokój w hostelu który poza lokalizacją nie oferował nic pozytywnego. Nadal pewnie bym go wybrał że względu na to że od drzwi pokoju do wejścia na ścieżkę do wodospadu jest minuta pieszo, ale wszechobecna wilgoć, przeraźliwie miękkie łóżka i ogólny s*f dookoła nie napawały entuzjazmem.

Aby poszedł coś zjeść przed powrotem a my poszliśmy od razu ogarnąć kierowcę na powrót - i szok. Ceny powrotne trzykrotnie wyższe. Wróciliśmy trochę podłamani do pokoju, zaczęliśmy szykować się do wyjścia na kolację a tu nasz wspaniały Aby pyta na WhatsApp czy mamy jak wracać. Od razu do niego poszliśmy pogadać, on zadzwonił do żony że zostaje na noc, my uzgodniliśmy cenę i tym sposobem ze spokojną głową mogliśmy pójść spać szykując się na jutrzejszy trekking. Nie pamiętam już kwot, ale wyjazd z Abym tam i z powrotem był tylko nieco droższy niż sam powrót.

Kolejnego dnia pobudka i wyjście na ścieżkę - opłata wynosi 20000 IDR co daje około 5 PLN od osoby - to jest cena wejścia na punkt widokowy. Widoki rzeczywiście zapierające dech w piersiach, mogę śmiało powiedzieć że to pierwszy "prawdziwy" wodospad w moim życiu.
Nam oczywiście było mało więc skręciliśmy w boczną dróżkę prowadzącą na sam dół wodospadu, trasa profesjonalnie zabezpieczona w stylu indonezyjskim - co mamy pod ręką to dajemy, ludzie se poradzą. Dzieci zachwycone, wszak skakanie po kamieniach, brodzenie w rzece, wspinanie się po linie to pełnia szczęścia.

Po około czterdziestu minutach dochodzimy do ...punktu opłat, na zakręcie tuż przed celem naszej wyprawy płacimy kolejne 20000, teraz już tylko musimy przeprawić się dwa razy przez rzekę - raz prawie mi Igora nurt porwał, u mnie stan przedzawałowy, Igor rozchichotany bo przygoda:)

Dopiero z dołu można było poczuć majestat Tumpak Sewu, usłyszeć potężny huk spadającej wody, poczuć moc natury.

Nie wiem skąd się biorą te piękne zdjęcia z dołu, woda tworzy w powietrzu lekką mgiełkę, kanion zabiera światło, tryskające strumienie smagają po gębie i zalewają oczy - starałem się jak mogłem ale efekty marne jak widać na zdjęciach. Na szczęście pamięć zapisała ten widok na długo, a serce odnotowało żeby jeszcze mnie tam kiedyś sprowadzić...

Przygód nie koniec, ponieważ można wybrać ścieżkę powrotną nieco naokoło zaliczając drugi wodospad Goa Tetes. Ten jest dużo spokojniejszy, cichy i oferuje kolejną fantastyczną atrakcję w postaci naturalnego basenu. Oczywiście przed samym wejściem zmaterializował się znikąd kasjer i pobrał kolejne 20000 IDR.
Uciechom nie było końca, wymęczeni ruszyliśmy w drogę powrotną o podobnym poziomie bezpieczeństwa co skończyło się raną ciętą u najmłodszego uczestnika. Płaczu nie było, był za to powód do dumy bo krew, pot i brud jak u prawdziwego podróżnika.

Wróciliśmy pewnie koło 13:00, prysznic i powrót z Abym. Wracaliśmy do miasteczka przed Probolinggo, bo tylko stamtąd udało nam się kupić bilety na pociąg - za późno się za to zabraliśmy.
Pod wieczór wylądowaliśmy w Klakah, miasteczku żyjącym chyba tylko z powodu stacji kolejowej, z jednym hotelem niedostępnym nigdzie online.
Aby pomógł nam ogarnąć nocleg bo nikt słowa po angielsku nie znał i popędził po kolejnych turystów na lotnisko, my mieliśmy się porządnie wyspać i wsiąść o 10:00 do pociągu.

Najpierw jednak dostaliśmy opierdziel za położenie kurtek do wysuszenia na ogólnodostępnej sofie - z gestykulacji wynikało że hotel jest zbyt ekskluzywny żeby sobie na to pozwolić, a byliśmy jedynymi gośćmi.
Chwilę później zameldował się dobrze ubrany pan w średnim wieku chyłkiem przemykając do pokoju z panną nieznanych choć dających się domyślić obyczajów, szczególnie po dźwiękach które nieskutecznie starał się zagłuszyć odpalony przez jegomościa telewizor.
U mnie wszyscy już spali jak zabici, ja tradycyjnie czytałem do późna i film mi się urwał. Włączył się ponownie na skutek najpierw pukania a później walenia do drzwi, zaspany się zerwałem szukając dłonią czegoś do obrony, ale z drugiej strony usłyszałem głos powtarzający "breakfast, breakfast".

Otworzyłem drzwi i moim oczom ukazał się pracownik dzierżący w ręku dwa talerze z parującym smażonym ryżem udekorowanym jajkiem sadzonym, z kolegą trzymającym tacę z gorącą herbatą. Na pytanie dlaczego, k...a, o 4:45 wciskają mi śniadanie nie potrafili odpowiedzieć, musiałem jednak wyglądać dość niesympatycznie gdyż oddalili się truchcikiem.
Podjąłem pościg gdyż budzenie mnie w środku nocy to najwyższej klasy przestępstwo, dopadłem ich przełożonego w kantorku ale jedyne co uzyskałem to "adontnoł, adontnoł".

Zostawiłem ten cały zestaw na zewnątrz bo spać przy tym zapachu było niemożliwym i wróciłem do łóżka. Ze snu już nici, ale tylko mojego bo pozostała część rodziny wzruszyła ramionami i zasnęła w jednej sekundzie.
Przynajmniej rano mieliśmy zimny ryż na pierwszy głód, wrzuciliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy na stację. Planowaliśmy 15 minut marszu ale słońce tak przypiekało że zatrzymaliśmy pierwszego tuktuka i załadowaliśmy się do niego wszyscy. Frajda dla dzieci niesamowita, dla nas zaś kolejny przebłysk jak zmienia się zapatrywanie na bezpieczeństwo w podróży. W Polsce porządny firmowy fotelik, na wypady po Europie rezerwowany fotelik w wypożyczalni albo targany nasz, tutaj w samochodach bez fotelików a tuktuki... No cóż, to składane w garażach pojazdy powstające z zespawania ze sobą wysłużonego skutera z wózkiem na zakupy. A mimo to siedzimy całą rodziną, cieszymy gęby do słońca i chcemy więcej i więcej i więcej przygód.

Wsiadamy do czystego i punktualnego pociągu, ciąg dalszy nastąpi jak znowu znajdę chwilę.

ENG

After a few minutes of hiking, Aby arrived, and we headed towards another place that one cannot miss while in Java.

Tumpak Sewu, in Javanese, means a thousand waterfalls. It's neither the largest nor the highest, but for some reason, it attracts a lot of tourists. So, we wanted to see how it looked in person.

Quickly checking Google Maps, it showed it was just under 100 km and a 3-hour drive. Aby corrected me – I wanted to go around the volcano cone. Good thing we had a driver; otherwise, I might have attempted it. Similar to a week earlier when I took a mountain road meant for scooters, leading to numerous U-turns and losing an hour and a half.

The journey took almost five hours (150 km). We arrived tired, and the hostel room, apart from its location, offered nothing positive. Despite the dampness, incredibly soft beds, and general mess, I'd probably choose it again due to its proximity to the waterfall trail.

Aby went to eat, and we arranged for the driver's return. Shockingly, the return fare was triple. We went back somewhat disheartened, prepared for dinner, and Aby on WhatsApp asked if we had a way back. We spoke with him immediately; he called his wife, decided on a price, and that's how we could sleep peacefully, gearing up for the trek the next day.

The next day, we woke up, paid the 20,000 IDR entrance fee per person for the viewpoint. The views were breathtaking – the first "real" waterfall in my life. Wanting more, we took a side path leading to the bottom of the waterfall, a professionally secured route Indonesian style. Kids were thrilled, jumping on rocks, wading in the river – pure happiness.

After about forty minutes, we reached another payment point, paid another 20,000 IDR, and had to cross the river twice. Only from below could we feel the majesty of Tumpak Sewu, hear the powerful roar of falling water, and experience the force of nature.

The beautiful pictures from below are a mystery; the water creates a light mist, the canyon absorbs light, streaming jets spray your face and flood your eyes – my attempts at photos were futile. Fortunately, the memory stored the view, and my heart noted to bring me back someday.

The adventure didn't end; we chose the return path, circling to see the second waterfall, Goa Tetes. It was much quieter, offering a fantastic natural pool. Before entering, a cashier appeared from nowhere, collecting another 20,000 IDR. The joy continued, and tired, we started the return journey with a similar level of safety, ending with a minor cut on the youngest participant. No tears, just pride – blood, sweat, and dirt like a true traveler.

We returned around 1:00 PM, showered, and headed back with Aby. We were heading to Probolinggo, the only place we could buy train tickets. In the evening, we landed in Klakah, a town probably thriving solely because of the railway station, with only one hotel not available online. Aby helped us secure accommodation, rushing to find more tourists at the airport while we planned to sleep well and catch the 10:00 AM train.

First, we got scolded for putting jackets to dry on a public sofa – the hotel seemed too exclusive for that, and we were the only guests. Later, a well-dressed middle-aged man sneaked into a room with a girl of questionable customs, trying unsuccessfully to drown out the sounds with the TV. Everyone else was asleep; I was reading when the movie abruptly stopped. It started again due to knocking and then banging on the door. Sleepy, I reached for something to defend myself but heard a voice repeating "breakfast, breakfast."

I opened the door to an employee holding two plates of steaming fried rice with a sunny-side-up egg, accompanied by another with a tray of hot tea. They couldn't explain why they served breakfast at 4:45 AM, but I must have looked unsympathetic as they hurriedly left. I chased after them, catching their supervisor in the lobby, but all I got was "adontnol, adontnol."

I left the whole set outside; the smell made sleeping impossible. The family slept on, and at least we had cold rice for the first hunger. We threw our backpacks on, heading to the station. Planning a 15-minute walk, the sun was so scorching that we stopped the first tuk-tuk and squeezed everyone in. Joy for the kids, a realization for us about changing perspectives on travel safety. In Poland, a proper car seat; in Europe, a rented car seat or our own; here, no car seats in vehicles and tuk-tuks – vehicles assembled from combining a worn-out scooter with a shopping cart. Yet, we sat as a family, enjoying the sun, craving more adventures.

We boarded a clean and punctual train; the continuation will follow when I find another moment.

Indonezja - BromoScroll down to see the english text.Indonezja - BromoIndonezja to kraj który położony jest na ponad sie...
15/11/2023

Indonezja - Bromo

Scroll down to see the english text.

Indonezja - Bromo

Indonezja to kraj który położony jest na ponad siedemnastu tysiącach wysp, jest przy tym czternastym z największych krajów na świecie a pod względem liczby ludności - czwartym.

Jest też krajem dla którego najszybciej biły nasze serca i z którego wspomnienia nadal rozpalają wyobraźnię. Nigdzie nie zobaczyliśmy takiej przyrody jak tam, nigdzie tak bardzo nie chcieliśmy wrócić, nigdzie tak wielu ludzi nie zapisało się tak mocno w naszej pamięci.

Dlaczego piszę o tym teraz, kilkanaście dni po pierwszej relacji z Indonezji i prawie dwa miesiące po jej opuszczeniu? Ponieważ dzisiaj zabieram Was w jedno z miejsc które wyryło w naszych głowach trwały ślad i wspomnienie którego powoduje ciarki na plecach do dnia dzisiejszego.

Bromo. Jego ekscelencja stratowulkan Bromo o wysokości 2329 metrów i średnicy krateru 700 metrów.

Póki co siedzimy jeszcze w pociągu z Yogyakarty do Probolinggo, rozmawiamy z mega sympatyczną miejscową dziewczyną i jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z tego co za kilka dni będzie dane nam zobaczyć.

W Probolinggo mieszkamy w skromnym choć czystym homestayu, którego właściciel proponuje nam odbiór z dworca PKP. Okazuje się to zbawienną propozycją gdyż okolice dworca opanowała mafia taksówkowa która nie dopuszcza tutaj żadnych firm typu Grab żerując na zagranicznych turystach.
Pan właściciel zaprasza swojego kolegę który ma nam zaproponować "najtańszą" opcję wycieczki na wulkan, kolega roztacza wizje sięgające daleko poza nasze możliwości i dodatkowo gasi pragnienie za pomocą kakao Igora więc zostaje przez nas zignorowany a my przystępujemy do realizacji mojego planu z którym wiązałem wiele obaw i lęków - był to początek podróży i jeszcze nie do końca wierzyłem w swoje możliwości organizacyjne (zresztą niedługo zmieniamy kontynent i znowu brak wiary powraca...).
Wypoczęci po dodatkowym noclegu (sr***ka przeszła mi dopiero po trzech dniach jedzenia czystego ryżu) łapiemy Graba i poznajemy fantastycznego gościa imieniem Aby Oldies Man , który też jak wielu innych jest z nami tutaj i śledzi nasze podróże.
Aby już po drodze zdobywa nasze zaufanie, przytomnie informuje nas że z okolic Bromo ciężko złapać Graba więc umawia się z nami na odbiór a my od razu rozpisujemy mu dalszą trasę choć o tym później.
Droga z Probolinggo do Cemorolawang zajmuje około półtorej godziny, po wyjściu z samochodu widok zapiera dech w piersiach - po raz pierwszy ale nie ostatni, oj nie.

Mamy nocleg w hotelu Cemara Indah, hotel ma opinie na Google w okolicach 4.0 na 5 ale zdecydowanie jest to ocena oparta na porównaniu do innych miejscówek w Cemorolawang a nie do jakiegokolwiek innego "normalnego" miejsca. Mimo to polecamy, po prostu trzeba się ciepło ubrać i nie oglądać zbyt szczegółowo wnętrza pokoju a już na pewno nie drzwi do łazienki😂

Ponieważ do zameldowania mamy jeszcze dwie godziny nie czekamy już na nic tylko przebieramy się w recepcji, upychamy plecaki pod stołem i dalej przygodo!!!

Teraz będzie opis dla backpackersów i amatorów tanich podróży, chętnych zapraszam z nami do dalszej lektury a moralistów do opuszczenia pokoju. Dlaczego? Ano dlatego że Bromo stało się biznesem, napędzanym pojazdami 4x4, wszechobecnymi opłatami i samozwańczymi przewodnikami a my jesteśmy temu zdecydowanie przeciwni więc staramy się na każdym kroku korzystać ze ścieżek (dosłownie i w przenośni) które pozwolą nam oglądać cuda natury bez traktowania nas jak bankomatów.

Jak zobaczyć Bromo bez tłumów, opłat i jeepów:
- stojąc tyłem do recepcji hotelu Cemara Indah (po lewej stronie mamy wulkan, po prawej zejście do miasteczka) na wprost nas jest mały, niepozorny murek a za nim dom
- wchodzimy za murek i idziemy w lewo wzdłuż niego piaszczystą ścieżką
- z piachu robi się pył i końskie odchody, ponieważ jest to tzw. ścieżka koni dla mieszkańców wioski,
- ścieżka przechodzi w serpentynę o około czterech czy pięciu zakrętach w dość gęstych drzewach, idzie się niewygodnie, mocno w dół w zapadającym się pyle który wchodzi dosłownie wszędzie
- po około dwudziestu minutach jesteśmy na dole, rozpościera się przed nami równina z wieloma krzyżującymi się ścieżkami i drogami i tutaj już możemy iść polegając na własnej ocenie ponieważ widzimy w oddali wulkan
- mniej więcej po godzinie marszu jesteśmy pod schodami na stożek, schody to kolejne piętnaście minut (przynajmniej dla mnie, reszta byłaby szybciej ale odcinało mi tlen:) )
- k...a jak tu pięknie

Nic nie jest w stanie tego oddać, ani film ani najlepsze zdjęcie czy moje opisy. Byliśmy tam sami, ani pół człowieka, barierek praktycznie nie ma, nie ma żadnych służb, jest wulkan, zapach siarki, wiatr, kosmiczny widok i ten nieprawdopodobny basowy pomruk.
Masz dreszcze z emocji, strachu i radości jednocześnie, nie wiesz czy trzymać dzieci czy robić zdjęcia czy zamknąć oczy i jakoś podzielić zmysły bo na raz się nie da. Nic do tej pory nie wywołało tylu emocji i takich emocji.
Coś tam spróbuję Wam pokazać na zdjęciach, ale pozostaje Wam spakować plecak i wsiąść w samolot. Ba, mógłbym poświęcić kawałek życia tylko na to żeby Was tam zabierać i napawać się tym na nowo, emocjami które już zaznałem i emocjami ludzi którzy zobaczą ten spektakl po raz pierwszy.
Nie wiem ile czasu tam jesteśmy, po jakiejś pół godzinie wchodzi jedna parka, kiedy decydujemy się zejść jeszcze jedna rodzina wdrapuje się po schodach, poza tym nadal pusto.
Wracamy tą samą drogą, wpadamy do pokoju się umyć a później wychodzimy na miasto coś zjeść.
Samo miasteczko nie wyzwala żadnych emocji, jest nastawione wyłącznie na obsługę turystów i wychodzi mu to dobrze. Zjadamy kolację, kładziemy się spać i nastawiamy budziki na 3:30 rano bo czymże jest wulkan bez wschodu słońca...(a przynajmniej tak twierdzi Kasia).
Wstajemy nie bez oporu regularnie szturchani przez miłośniczkę zakrywania nocy dla obejrzenia żółtego kółka na niebie, ubieramy wszystko co znajdujemy w plecaku bo jest coś koło zera stopni i wychodzimy na ulicę.
Dla zainteresowanych - z tej samej pozycji tyłem do recepcji hotelu tym razem skręcamy w prawo do głównej drugi i główną już w lewo, nie do miasteczka tylko w przeciwnym kierunku.
Początkowo towarzyszy nam cisza, później pies z kulawą nogą, jakiś pojedynczy skuter... Po trzydziestu minutach dyszymy jak maszyny parowe bo dociera do nas błąd logiczny jaki popełniliśmy ustalając godzinę wyjścia - dostępna w internetach godzina wschodu słońca jest dosłownie godziną wschodu słońca a całe przestawienie rozpoczyna się wcześniej. Przyspieszamy więc (albo nam się już tylko wydaje bo droga idzie stromo do góry) a na drodze pojawia się około dwustu jeepów z turystami. Kiedy ostatni nas mija okazuje się że dla jeepów to już punkt końcowy i koniec asfaltu a my przeciskamy się dalej już gruntową drogą, ludzi coraz mniej (ech ta kondycja Azjatów) i w końcu wymarzony punkt widokowy.
Co to był za występ - słońce drgało radośnie tańcząc promieniami na niebie, wulkan puszczał gazy wysoko przed siebie podobnie jak nasza młodsza pociecha treść żołądka po forsującym marszu o czwartej nad ranem.
Dzieci szybko się znudziły, my szybko znudziliśmy się narzekaniem dzieci więc te radośnie spędzały czas na murku a my chłonęliśmy widoki. Nie wiem jak długo, nie pamiętam, mógłbym tam stać i cały dzień, słońce miało jednak inne plany i ukazało się w pełnej krasie a my powoli wracaliśmy na śniadanie do hotelu i do umówionego na 11:00 Aby'ego.
Wejście zajęło nam 50 minut z dzielnymi chłopakami, ktoś w dobrej kondycji może zrobiłby to w 40 - tak czy inaczej zalecamy wyjście nieco szybciej niż my. Będzie spokojniej, więcej czasu na zdjęcia i więcej na kontemplację tego co widzimy.

Na śniadanie wciągamy rosół (wtedy jeszcze nas to dziwiło), z lekkim obrzydzeniem omijając owsiankę rybną i pakujemy plecaki.
Ponieważ taksówki nie widać a my nabuzowani emocjami nie potrafimy usiedzieć, idziemy drogą w kierunku miasteczka i dalej na Probolinggo. Po drodze zbiera nas umówiony Aby i rozpoczynamy drugą część niesamowitej przygody na Jawie.

Całkowity koszt tej wycieczki to Grab I nocleg w hotelu. Żadnych innych opłat za pseudo przewodników, parkingi, jeepy itp. Polecamy naszą metodę, skuteczności nie gwarantujemy ale trzymamy kciuki!

Indonesia - Bromo

Indonesia is a country situated on over seventeen thousand islands, ranking as the fourteenth largest country in the world by land area and the fourth most populous.

It's a country that quickly captured our hearts, leaving lasting memories and igniting our imagination. Nowhere else have we witnessed such natural beauty, felt the urge to return so strongly, or had so many people etched into our memories.

Why am I writing about this now, a few weeks after the first account of Indonesia and almost two months since leaving? Because today, I'm taking you to one of the places that left an enduring mark in our minds—the Bromo volcano. Its majestic stratovolcano stands at 2329 meters with a crater diameter of 700 meters.

As we sit on the train from Yogyakarta to Probolinggo, chatting with a friendly local girl, we're unaware of the breathtaking sights awaiting us in the days to come.

In Probolinggo, we stay in a modest but clean homestay whose owner offers to pick us up from the train station. This turns out to be a lifesaving offer, as taxi mafias dominate the area, not allowing Grab or similar services, preying on unsuspecting foreign tourists.

The homestay owner introduces us to his friend, suggesting the "cheapest" option for a volcano tour. His visions extend far beyond our capabilities, and after satisfying our thirst with Igor's cocoa, we ignore him and proceed with my plan. This plan, laden with concerns and doubts, marks the beginning of our journey, and my faith in organizational abilities is not fully formed (soon, we're changing continents, and the lack of confidence returns).

Refreshed after an extra night's stay (recovering from a bout of food poisoning that lasted three days with a diet of plain rice), we grab a Grab and meet an amazing guy named Aby. Like many others, he follows our travels and quickly gains our trust. He informs us that it's challenging to find a Grab near Bromo, so he arranges to pick us up. We immediately discuss the rest of the itinerary.

The journey from Probolinggo to Cemorolawang takes about an hour and a half. Upon exiting the car, the view takes our breath away—for the first time but certainly not the last.

Our accommodation is at Cemara Indah hotel, with a Google rating around 4.0 out of 5, relative to other options in Cemorolawang. Despite some shortcomings, we recommend it—just dress warmly and avoid scrutinizing the room too closely, especially the bathroom door 😂.

With two hours until check-in, we don't wait for anything; we change in the reception area, stow our backpacks under the table, and onward to adventure!

Now, for backpackers and budget travel enthusiasts, join us in further reading; moralists, kindly exit the room. Why? Because Bromo has become a business, driven by 4x4 vehicles, ubiquitous fees, and self-proclaimed guides. We strongly oppose this, striving to use paths (both literally and figuratively) that allow us to witness the wonders of nature without being treated as ATMs.

How to see Bromo without crowds, fees, and jeeps:

Facing away from the reception of Cemara Indah hotel (volcano on the left, town on the right), a small inconspicuous wall and a house are in front of us.
We go behind the wall and follow the sandy path to the left.
The sandy path turns into dust and horse droppings, as it's a horse path for the village residents.
The path becomes a winding trail with about four or five turns in dense trees, uncomfortable and steep, going down in sinking dust.
After about twenty minutes, we reach the bottom, with a plain of intersecting paths and roads. Here, we can rely on our judgment, as we see the volcano in the distance.
Approximately an hour of walking brings us to the stairs to the cone, another fifteen minutes (at least for me, others would be faster but I struggled with the altitude).
Wow, it's incredibly beautiful.
Nothing can convey this experience—neither a film, the best photo, nor my descriptions. We were there alone, no half-human, almost no barriers, no services—just the volcano, the smell of sulfur, the wind, an otherworldly view, and an unbelievable bass rumble. You get chills of excitement, fear, and joy all at once, torn between holding onto kids, taking photos, or closing your eyes and somehow sharing the senses because you can't do it all at once. Nothing has evoked such emotions before.

I'll try to show you something in the photos, but you should pack your backpack and board a plane. Heck, I could dedicate a chunk of my life just to take you there and experience the emotions I've felt and the emotions of people seeing this spectacle for the first time.

I don't know how long we were there; after about half an hour, another couple arrived, and when we decided to descend, another family climbed the stairs. Besides that, it remained empty. We return the same way, clean up in the room, and go out for dinner.

The town itself doesn't evoke any emotions; it's solely geared toward serving tourists, and it does it well. We have dinner, go to sleep, and set alarms for 3:30 am because what is a volcano without a sunrise (at least according to Kasia).

We reluctantly wake up, pushed by the night enthusiast to see the yellow circle in the sky. We wear everything we find in our backpacks because it's around zero degrees, and we hit the street.

For those interested—from the same position, facing away from the hotel reception, this time we turn right toward the main road, not into town but in the opposite direction.

Initially, silence accompanies us, then a dog with a lame leg, a lone scooter... After thirty minutes, we pant like steam engines because we realize the logical error in setting our departure time—the sunrise time available on the internet is precisely when the sun rises, and the whole spectacle begins earlier. We accelerate (or it just seems that way because the road goes steeply uphill), and about two hundred jeeps with tourists appear on the road. When the last one passes us, it turns out that this is the endpoint for jeeps and the end of asphalt. We continue on a dirt road, fewer people (oh, the Asians' stamina), and finally, the desired viewpoint.

What a performance— the sun joyfully flickers, dancing with its rays in the sky, the volcano releases gases high into the air, similar to our youngest one's stomach content after a brisk morning march. The kids quickly get bored; we get tired of their complaints, so they happily spend time on a wall, and we soak in the views. I don't know how long, I don't remember; I could stand there all day. However, the sun has different plans and reveals itself fully. We slowly head back to the hotel for breakfast and our 11:00 appointment with Aby.

The climb took us 50 minutes with determined boys; someone in good shape could do it in 40. Regardless, we recommend going a bit faster than we did—for a calmer pace, more time for photos, and more time to contemplate what we see.

For breakfast, we slurp up chicken broth (which still surprised us back then), slightly disgusted, we avoid fishy oatmeal, and then we pack our backpacks. Since taxis are nowhere in sight, fueled by emotions, we can't sit still. We head towards the town and further to Probolinggo. Along the way, our arranged pick-up, Aby, collects us, marking the beginning of the second part of our incredible adventure in Java.
The total cost of this trip is Grab and the hotel stay. No additional fees for pseudo-guides, parking, jeeps, etc. We recommend our method; we can't guarantee effectiveness, but we keep our fingers crossed.

Address

Kuching

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when familyadventuresquad posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Shortcuts

Share