15/11/2023
Indonezja - Bromo
Scroll down to see the english text.
Indonezja - Bromo
Indonezja to kraj który położony jest na ponad siedemnastu tysiącach wysp, jest przy tym czternastym z największych krajów na świecie a pod względem liczby ludności - czwartym.
Jest też krajem dla którego najszybciej biły nasze serca i z którego wspomnienia nadal rozpalają wyobraźnię. Nigdzie nie zobaczyliśmy takiej przyrody jak tam, nigdzie tak bardzo nie chcieliśmy wrócić, nigdzie tak wielu ludzi nie zapisało się tak mocno w naszej pamięci.
Dlaczego piszę o tym teraz, kilkanaście dni po pierwszej relacji z Indonezji i prawie dwa miesiące po jej opuszczeniu? Ponieważ dzisiaj zabieram Was w jedno z miejsc które wyryło w naszych głowach trwały ślad i wspomnienie którego powoduje ciarki na plecach do dnia dzisiejszego.
Bromo. Jego ekscelencja stratowulkan Bromo o wysokości 2329 metrów i średnicy krateru 700 metrów.
Póki co siedzimy jeszcze w pociągu z Yogyakarty do Probolinggo, rozmawiamy z mega sympatyczną miejscową dziewczyną i jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z tego co za kilka dni będzie dane nam zobaczyć.
W Probolinggo mieszkamy w skromnym choć czystym homestayu, którego właściciel proponuje nam odbiór z dworca PKP. Okazuje się to zbawienną propozycją gdyż okolice dworca opanowała mafia taksówkowa która nie dopuszcza tutaj żadnych firm typu Grab żerując na zagranicznych turystach.
Pan właściciel zaprasza swojego kolegę który ma nam zaproponować "najtańszą" opcję wycieczki na wulkan, kolega roztacza wizje sięgające daleko poza nasze możliwości i dodatkowo gasi pragnienie za pomocą kakao Igora więc zostaje przez nas zignorowany a my przystępujemy do realizacji mojego planu z którym wiązałem wiele obaw i lęków - był to początek podróży i jeszcze nie do końca wierzyłem w swoje możliwości organizacyjne (zresztą niedługo zmieniamy kontynent i znowu brak wiary powraca...).
Wypoczęci po dodatkowym noclegu (sr***ka przeszła mi dopiero po trzech dniach jedzenia czystego ryżu) łapiemy Graba i poznajemy fantastycznego gościa imieniem Aby Oldies Man , który też jak wielu innych jest z nami tutaj i śledzi nasze podróże.
Aby już po drodze zdobywa nasze zaufanie, przytomnie informuje nas że z okolic Bromo ciężko złapać Graba więc umawia się z nami na odbiór a my od razu rozpisujemy mu dalszą trasę choć o tym później.
Droga z Probolinggo do Cemorolawang zajmuje około półtorej godziny, po wyjściu z samochodu widok zapiera dech w piersiach - po raz pierwszy ale nie ostatni, oj nie.
Mamy nocleg w hotelu Cemara Indah, hotel ma opinie na Google w okolicach 4.0 na 5 ale zdecydowanie jest to ocena oparta na porównaniu do innych miejscówek w Cemorolawang a nie do jakiegokolwiek innego "normalnego" miejsca. Mimo to polecamy, po prostu trzeba się ciepło ubrać i nie oglądać zbyt szczegółowo wnętrza pokoju a już na pewno nie drzwi do łazienki😂
Ponieważ do zameldowania mamy jeszcze dwie godziny nie czekamy już na nic tylko przebieramy się w recepcji, upychamy plecaki pod stołem i dalej przygodo!!!
Teraz będzie opis dla backpackersów i amatorów tanich podróży, chętnych zapraszam z nami do dalszej lektury a moralistów do opuszczenia pokoju. Dlaczego? Ano dlatego że Bromo stało się biznesem, napędzanym pojazdami 4x4, wszechobecnymi opłatami i samozwańczymi przewodnikami a my jesteśmy temu zdecydowanie przeciwni więc staramy się na każdym kroku korzystać ze ścieżek (dosłownie i w przenośni) które pozwolą nam oglądać cuda natury bez traktowania nas jak bankomatów.
Jak zobaczyć Bromo bez tłumów, opłat i jeepów:
- stojąc tyłem do recepcji hotelu Cemara Indah (po lewej stronie mamy wulkan, po prawej zejście do miasteczka) na wprost nas jest mały, niepozorny murek a za nim dom
- wchodzimy za murek i idziemy w lewo wzdłuż niego piaszczystą ścieżką
- z piachu robi się pył i końskie odchody, ponieważ jest to tzw. ścieżka koni dla mieszkańców wioski,
- ścieżka przechodzi w serpentynę o około czterech czy pięciu zakrętach w dość gęstych drzewach, idzie się niewygodnie, mocno w dół w zapadającym się pyle który wchodzi dosłownie wszędzie
- po około dwudziestu minutach jesteśmy na dole, rozpościera się przed nami równina z wieloma krzyżującymi się ścieżkami i drogami i tutaj już możemy iść polegając na własnej ocenie ponieważ widzimy w oddali wulkan
- mniej więcej po godzinie marszu jesteśmy pod schodami na stożek, schody to kolejne piętnaście minut (przynajmniej dla mnie, reszta byłaby szybciej ale odcinało mi tlen:) )
- k...a jak tu pięknie
Nic nie jest w stanie tego oddać, ani film ani najlepsze zdjęcie czy moje opisy. Byliśmy tam sami, ani pół człowieka, barierek praktycznie nie ma, nie ma żadnych służb, jest wulkan, zapach siarki, wiatr, kosmiczny widok i ten nieprawdopodobny basowy pomruk.
Masz dreszcze z emocji, strachu i radości jednocześnie, nie wiesz czy trzymać dzieci czy robić zdjęcia czy zamknąć oczy i jakoś podzielić zmysły bo na raz się nie da. Nic do tej pory nie wywołało tylu emocji i takich emocji.
Coś tam spróbuję Wam pokazać na zdjęciach, ale pozostaje Wam spakować plecak i wsiąść w samolot. Ba, mógłbym poświęcić kawałek życia tylko na to żeby Was tam zabierać i napawać się tym na nowo, emocjami które już zaznałem i emocjami ludzi którzy zobaczą ten spektakl po raz pierwszy.
Nie wiem ile czasu tam jesteśmy, po jakiejś pół godzinie wchodzi jedna parka, kiedy decydujemy się zejść jeszcze jedna rodzina wdrapuje się po schodach, poza tym nadal pusto.
Wracamy tą samą drogą, wpadamy do pokoju się umyć a później wychodzimy na miasto coś zjeść.
Samo miasteczko nie wyzwala żadnych emocji, jest nastawione wyłącznie na obsługę turystów i wychodzi mu to dobrze. Zjadamy kolację, kładziemy się spać i nastawiamy budziki na 3:30 rano bo czymże jest wulkan bez wschodu słońca...(a przynajmniej tak twierdzi Kasia).
Wstajemy nie bez oporu regularnie szturchani przez miłośniczkę zakrywania nocy dla obejrzenia żółtego kółka na niebie, ubieramy wszystko co znajdujemy w plecaku bo jest coś koło zera stopni i wychodzimy na ulicę.
Dla zainteresowanych - z tej samej pozycji tyłem do recepcji hotelu tym razem skręcamy w prawo do głównej drugi i główną już w lewo, nie do miasteczka tylko w przeciwnym kierunku.
Początkowo towarzyszy nam cisza, później pies z kulawą nogą, jakiś pojedynczy skuter... Po trzydziestu minutach dyszymy jak maszyny parowe bo dociera do nas błąd logiczny jaki popełniliśmy ustalając godzinę wyjścia - dostępna w internetach godzina wschodu słońca jest dosłownie godziną wschodu słońca a całe przestawienie rozpoczyna się wcześniej. Przyspieszamy więc (albo nam się już tylko wydaje bo droga idzie stromo do góry) a na drodze pojawia się około dwustu jeepów z turystami. Kiedy ostatni nas mija okazuje się że dla jeepów to już punkt końcowy i koniec asfaltu a my przeciskamy się dalej już gruntową drogą, ludzi coraz mniej (ech ta kondycja Azjatów) i w końcu wymarzony punkt widokowy.
Co to był za występ - słońce drgało radośnie tańcząc promieniami na niebie, wulkan puszczał gazy wysoko przed siebie podobnie jak nasza młodsza pociecha treść żołądka po forsującym marszu o czwartej nad ranem.
Dzieci szybko się znudziły, my szybko znudziliśmy się narzekaniem dzieci więc te radośnie spędzały czas na murku a my chłonęliśmy widoki. Nie wiem jak długo, nie pamiętam, mógłbym tam stać i cały dzień, słońce miało jednak inne plany i ukazało się w pełnej krasie a my powoli wracaliśmy na śniadanie do hotelu i do umówionego na 11:00 Aby'ego.
Wejście zajęło nam 50 minut z dzielnymi chłopakami, ktoś w dobrej kondycji może zrobiłby to w 40 - tak czy inaczej zalecamy wyjście nieco szybciej niż my. Będzie spokojniej, więcej czasu na zdjęcia i więcej na kontemplację tego co widzimy.
Na śniadanie wciągamy rosół (wtedy jeszcze nas to dziwiło), z lekkim obrzydzeniem omijając owsiankę rybną i pakujemy plecaki.
Ponieważ taksówki nie widać a my nabuzowani emocjami nie potrafimy usiedzieć, idziemy drogą w kierunku miasteczka i dalej na Probolinggo. Po drodze zbiera nas umówiony Aby i rozpoczynamy drugą część niesamowitej przygody na Jawie.
Całkowity koszt tej wycieczki to Grab I nocleg w hotelu. Żadnych innych opłat za pseudo przewodników, parkingi, jeepy itp. Polecamy naszą metodę, skuteczności nie gwarantujemy ale trzymamy kciuki!
Indonesia - Bromo
Indonesia is a country situated on over seventeen thousand islands, ranking as the fourteenth largest country in the world by land area and the fourth most populous.
It's a country that quickly captured our hearts, leaving lasting memories and igniting our imagination. Nowhere else have we witnessed such natural beauty, felt the urge to return so strongly, or had so many people etched into our memories.
Why am I writing about this now, a few weeks after the first account of Indonesia and almost two months since leaving? Because today, I'm taking you to one of the places that left an enduring mark in our minds—the Bromo volcano. Its majestic stratovolcano stands at 2329 meters with a crater diameter of 700 meters.
As we sit on the train from Yogyakarta to Probolinggo, chatting with a friendly local girl, we're unaware of the breathtaking sights awaiting us in the days to come.
In Probolinggo, we stay in a modest but clean homestay whose owner offers to pick us up from the train station. This turns out to be a lifesaving offer, as taxi mafias dominate the area, not allowing Grab or similar services, preying on unsuspecting foreign tourists.
The homestay owner introduces us to his friend, suggesting the "cheapest" option for a volcano tour. His visions extend far beyond our capabilities, and after satisfying our thirst with Igor's cocoa, we ignore him and proceed with my plan. This plan, laden with concerns and doubts, marks the beginning of our journey, and my faith in organizational abilities is not fully formed (soon, we're changing continents, and the lack of confidence returns).
Refreshed after an extra night's stay (recovering from a bout of food poisoning that lasted three days with a diet of plain rice), we grab a Grab and meet an amazing guy named Aby. Like many others, he follows our travels and quickly gains our trust. He informs us that it's challenging to find a Grab near Bromo, so he arranges to pick us up. We immediately discuss the rest of the itinerary.
The journey from Probolinggo to Cemorolawang takes about an hour and a half. Upon exiting the car, the view takes our breath away—for the first time but certainly not the last.
Our accommodation is at Cemara Indah hotel, with a Google rating around 4.0 out of 5, relative to other options in Cemorolawang. Despite some shortcomings, we recommend it—just dress warmly and avoid scrutinizing the room too closely, especially the bathroom door 😂.
With two hours until check-in, we don't wait for anything; we change in the reception area, stow our backpacks under the table, and onward to adventure!
Now, for backpackers and budget travel enthusiasts, join us in further reading; moralists, kindly exit the room. Why? Because Bromo has become a business, driven by 4x4 vehicles, ubiquitous fees, and self-proclaimed guides. We strongly oppose this, striving to use paths (both literally and figuratively) that allow us to witness the wonders of nature without being treated as ATMs.
How to see Bromo without crowds, fees, and jeeps:
Facing away from the reception of Cemara Indah hotel (volcano on the left, town on the right), a small inconspicuous wall and a house are in front of us.
We go behind the wall and follow the sandy path to the left.
The sandy path turns into dust and horse droppings, as it's a horse path for the village residents.
The path becomes a winding trail with about four or five turns in dense trees, uncomfortable and steep, going down in sinking dust.
After about twenty minutes, we reach the bottom, with a plain of intersecting paths and roads. Here, we can rely on our judgment, as we see the volcano in the distance.
Approximately an hour of walking brings us to the stairs to the cone, another fifteen minutes (at least for me, others would be faster but I struggled with the altitude).
Wow, it's incredibly beautiful.
Nothing can convey this experience—neither a film, the best photo, nor my descriptions. We were there alone, no half-human, almost no barriers, no services—just the volcano, the smell of sulfur, the wind, an otherworldly view, and an unbelievable bass rumble. You get chills of excitement, fear, and joy all at once, torn between holding onto kids, taking photos, or closing your eyes and somehow sharing the senses because you can't do it all at once. Nothing has evoked such emotions before.
I'll try to show you something in the photos, but you should pack your backpack and board a plane. Heck, I could dedicate a chunk of my life just to take you there and experience the emotions I've felt and the emotions of people seeing this spectacle for the first time.
I don't know how long we were there; after about half an hour, another couple arrived, and when we decided to descend, another family climbed the stairs. Besides that, it remained empty. We return the same way, clean up in the room, and go out for dinner.
The town itself doesn't evoke any emotions; it's solely geared toward serving tourists, and it does it well. We have dinner, go to sleep, and set alarms for 3:30 am because what is a volcano without a sunrise (at least according to Kasia).
We reluctantly wake up, pushed by the night enthusiast to see the yellow circle in the sky. We wear everything we find in our backpacks because it's around zero degrees, and we hit the street.
For those interested—from the same position, facing away from the hotel reception, this time we turn right toward the main road, not into town but in the opposite direction.
Initially, silence accompanies us, then a dog with a lame leg, a lone scooter... After thirty minutes, we pant like steam engines because we realize the logical error in setting our departure time—the sunrise time available on the internet is precisely when the sun rises, and the whole spectacle begins earlier. We accelerate (or it just seems that way because the road goes steeply uphill), and about two hundred jeeps with tourists appear on the road. When the last one passes us, it turns out that this is the endpoint for jeeps and the end of asphalt. We continue on a dirt road, fewer people (oh, the Asians' stamina), and finally, the desired viewpoint.
What a performance— the sun joyfully flickers, dancing with its rays in the sky, the volcano releases gases high into the air, similar to our youngest one's stomach content after a brisk morning march. The kids quickly get bored; we get tired of their complaints, so they happily spend time on a wall, and we soak in the views. I don't know how long, I don't remember; I could stand there all day. However, the sun has different plans and reveals itself fully. We slowly head back to the hotel for breakfast and our 11:00 appointment with Aby.
The climb took us 50 minutes with determined boys; someone in good shape could do it in 40. Regardless, we recommend going a bit faster than we did—for a calmer pace, more time for photos, and more time to contemplate what we see.
For breakfast, we slurp up chicken broth (which still surprised us back then), slightly disgusted, we avoid fishy oatmeal, and then we pack our backpacks. Since taxis are nowhere in sight, fueled by emotions, we can't sit still. We head towards the town and further to Probolinggo. Along the way, our arranged pick-up, Aby, collects us, marking the beginning of the second part of our incredible adventure in Java.
The total cost of this trip is Grab and the hotel stay. No additional fees for pseudo-guides, parking, jeeps, etc. We recommend our method; we can't guarantee effectiveness, but we keep our fingers crossed.