05/08/2026
Soroche, czyli kiedy wysokość jest twoim największym wrogiem.
Ojciec José de Acosta, hiszpański jezuita, w okolicach 1570 roku próbował przetoczyć się przez peruwiańską przełęcz Pariacaca i był absolutnie przekonany, że za chwilę wypluje własne płuca. W swojej kronice "Historia natural y moral de las Indias" zapisał potem z pełną powagą, że tamtejsze powietrze jest tak rzadkie, iż dosłownie rozrywa ludzkie trzewia. Został tym samym pierwszym Europejczykiem, który oficjalnie udokumentował objawy tzw. soroche.
Kiedy w 1925 roku peruwiański lekarz Carlos Monge wziął ten stan pod mikroskop, wyszło na jaw coś jeszcze ciekawszego. Powszechne przekonanie o bezwzględnej, genetycznej odporności lokalnych mieszkańców Andów okazało się mocno naciąganą bajką.
O ile turysta po wylądowaniu w Cuzco czy Boliwii walczy z nagłym bólem głowy i żołądkiem wywijającym się na drugą stronę, o tyle organizmy wychowanych w górach górali radzą sobie z brakiem tlenu w sposób mocno podstępny. Współczesne badania fizjologiczne – prowadzone choćby wśród mieszkańców Cerro de Pasco, jednego z najwyżej położonych miast górniczych na świecie (4300 m n.p.m.) – ujawniły, że nawet 10–20% dorosłych górali cierpi na przewlekłą chorobę górską, zwaną chorobą Monge’a.
W przeciwieństwie do Tybetańczyków, którzy w procesie ewolucji nauczyli się efektywniej przyswajać tlen bez zwiększania gęstości krwi, organizm Indianina z Andów w odpowiedzi na stałą hipoksję reaguje bezmyślną nadprodukcją czerwonych krwinek. Poziom osocza drastycznie spada, a krew staje się tak lepka i gęsta jak smoła. Wygląda więc na to, ze wbrew utartej opinii, miejscowi wcale nie są niezniszczalni. Ich ciała z wiekiem zaczynają przegrywać walkę z własną fizjologią, płacąc za życie w chmurach nadciśnieniem i ryzykiem udaru.
Lądujesz w El Alto na czterech tysiącach metrów i pierwsze, co robisz po wyjściu z samolotu, to głęboki wdech. Wtedy orientujesz się, że wciągnąłeś do płuc w zasadzie nic. Ciśnienie parcjalne tlenu leci na łeb, a wejście po trzech stopniach schodów wymaga wysiłku porównywalnego z wnoszeniem pralki na czwarte piętro.
Kiedy ciągniemy ludzi przez peruwiańskie i boliwijskie bezdroża, nie bawimy się w wyścigi po przełęczach pierwszego dnia. Tu nie ma kozaczenia – soroche złośliwie zrówna z ziemią każdego, komu się wydaje, że siłownia trzy razy w tygodniu czyni go nieśmiertelnym. Pokora przychodzi tu wyjątkowo szybko, zazwyczaj w okolicach pierwszej szklanki mate de coca, gdy człowiek zaczyna rozumieć, że z wysokością 4000 metrów nie wygrywają nawet ci, którzy się na niej urodzili.