18/06/2026
Bieg dla drużyny - taka wizja przyświecała mi podczas ostatnich zawodów w wiosennej części sezonu 2026. Jejku jak to zleciało. Jeszcze nie tak dawno sezon się dopiero co rozpoczynał, a jak się nieco bardziej skupie to pamiętam jeszcze ból dup... yyy ... znaczy się czterech liter, po wywaleniu orła na zalodzonym przejściu dla pieszych podczas zimowych przygotowań. Co za szalony sezon. Dobra nie idźmy w dygresje i skupmy się na tym co działo się w miniony weekend, a dokładnie w niedzielę, a działo się, oj działo.
Wczesnym rankiem wraz z ekipą WKB Maratończyk Włocławek zawitaliśmy nad jezioro Gopło a dokładnie do Połajewa, małej miejscowości w której znajduje się ośrodek wypoczynkowy na terenie którego miała znajdować się meta XI Biegu Bankowego organizowanego przez Bank Spółdzielczy w Piotrkowie Kujawskim. Wcześniej wraz z Marcin Szymański odebraliśmy numery startowe w siedzibie organizatora, a następnie przejechaliśmy prawie całą trasę biegu parkując tuż obok mety. W Połajewie spotkaliśmy całkiem pokaźne grono klubowiczów, którzy podobnie jak my pozostawili tam auta i wraz z innymi uczestnikami pakowali się do autobusu mającego nas wywieźć na start. Oczywiście nie obyło się bez pamiątkowej fotki. Jeszcze przed 10 ponownie dotarliśmy do Piotrkowa, pod siedzibę Banku. Na chodnikach i w budynku momentalnie zrobiło się tłoczno i gwarno. Co chwila docierali kolejni uczestnicy między innymi zawodnicy Zryw Radziejow, TKF Toruń, przyjechali również koledzy i koleżanki z KUNA Team Włocławek oraz WKB Maratończyk Włocławek. Tłum gęstniał co widać było przede wszystkim po długości kolejki do toalety, a zegar tykał. Po odstaniu swojego, można było spokojnie czekać na rozgrzewkę. Jeszcze tylko suple i na pół godziny przed startem ruszyliśmy większą ekipa na krótką przebieżke połączoną z delikatnymi przyspieszeniami. Pogoda, mimo wcześniejszych opadów i nieprzychylnych prognoz, wyglądała nienajgorzej poza silnym wiatrem wiejącym dokładnie w przeciwnym kierunku niż ten w którym mieliśmy za chwilę biec. Ehhh.... , podobno przynajmniej ma być z górki. Jeszcze krótkie rozciąganie, łyknięcie napoju magicznego w postaci przedtreningówki i rzut oka na kolejkę do WC - dobra wypocę. Już zmierzałem na start gdy nagle zaczęło padać. Najpierw niespecjalnie mocno, choć dość gęsto. Stanąłem pod murem budynku z nadzieją że to tylko przelotny, chwilowy deszczyk. Opady jednak z każdą chwilą przybierały na sile i skutecznie wygoniły pod wszelkie zadaszenia praktycznie wszystkich, nawet najzagorzalszych rozgrzewkowiczów. Staliśmy tak dłuższą chwilę zastanawiając się czy wystartujemy o czasie. Na 4 minuty przed startem deszcz zaczął słabnąć a po chwili skończył się równie nagle co zaczął. Cóż pogoda postraszyła i dała jasno do zrozumienia że po większej części to ona będzie tu rozdawać karty. Chwilę później staliśmy już na starcie odliczając końcowe sekundy. Od samego początku na czoło wysunęło się dwóch zawodników którzy nadali takie tempo że pozostali nawet nie próbowali nawiązać z nimi walki, przynajmniej na tym etapie zmagań. Dwójka szybko odskoczyła, za nimi jednak uformowała się już większa i bardziej zwarta grupa, na czele której znajdował się Maciej Grudziński, a tuż za nim ja. Na karku czułem jednak oddech konkurencji która nie odpuszczała od samego początku. Nie wiem dokładnie kto był bezpośrednio za mną, ale chyba to zawodnicy Kuna Team deptali nam po piętach. Co do warunków, te mimo że przestało padać nadal były trudne. Silny, czołowy wiatr nie ułatwiał życia więc jak mogłem chowałem się za Maćkiem, sory że Cię tak wykorzystałem 🤷. Po 2 kilometrze zauważyłem że Maciek czeka na zmianę licząc że ktoś z biegnących za nami go zastąpi, niestety chętnych nie było więc postanowiliśmy zmienić się na 4 km. Założenie na te zawody było proste, biegniemy tak aby powalczyć w klasyfikacji drużynowej, tym bardziej że warunki nie sprzyjały biciu rekordów, a same zawody nie były mocno obsadzone (w tym roku nie były brane w klasyfikacji GP Województwa). Mimo to każdy chciał pobiec możliwie jak najlepiej i początkowo plan udawało się realizować. Nasza grupa "pościgowa" biegła dość zwarcie, jednakże po kilku kilometrach niestety zaczęli odpadać z niej kolejni zawodnicy, a ona sama nieco się rozciągnęła. Jak wcześniej uzgodniliśmy dałem zmianę Maćkowi na 4 km i na punkt z wodą wbiegałem już prowadząc grupę. Długo się tym faktem "nienacieszyłem" ponieważ gdy pobierałem butelkę z wodą od osób stojących przy lewej krawędzi drogi, kątem oka zobaczyłem jak mija mnie trzyosobowy pociąg pospieszny z napisem Kuna Team. Widać było że chłopaki mają to świetnie wypracowane i ewidentnie pracują dziś na wynik dla Michał Pietrzak. Zauważyłem że Robert ponownie świetnie prowadził młodszego kolegę i ciął powietrze, a Dariusz Kunecki jako głównodowodzący zabezpieczał tyły. Łyknąłem nieco wody, odrzuciłem butelkę i postanowiłem podłączyć się pod to rozpędzone Pendolino. Początkowo udało się lekko podgonić Darka, który pozostał nieco z tyłu utrzymując bardziej przystępne tempo ok 3:40 na km. Mi ono bardzo odpowiadało, niestety po pewnym czasie zauważyłem że Maciek pozostał już dość mocno z tyłu. Szybka kalkulacja co robić, odpuścić i zostać z Maćkiem czy nadal trzymać tempo nadawane przez Darka, choć dziwnie wolne jak na niego, to jednak bardzo mi pasujące. Chwilę się zawahałem, nie mniej jednak zastosowałem się do wcześniejszej rady Trenera, który wskazywał że jeśli będę miał siłę to mogę nieco przyspieszyć. Martwiło mnie jednak że to dopiero 5 km, a ja ustawiłem się już za zawodnikami którzy ewidentnie walczą o 3, 4 i 5 miejsce w kategorii open. Teraz jednak Robert z Michałem byli już dość mocno z przodu, ja natomiast przykleiłem się do pleców Darka i korzystałem z osłony przed ciągłym wiatrem. Sielanka nie trwała jednak dlugo. Po zaledwie kilometrze Darek rzucił okiem w tył i zorientował się że biegnę za nim już tylko ja, natomiast Robert wraz z Michałem stabilnie zwiększają dystans. Dla mnie dotychczasowa prędkość była tą docelową, dla niego "spoczynkową", więc gdy tylko odpoczął po prostu odbiegł, jakby gdyby nigdy nic, bez najmniejszego wysiłku dołączając do biegnącej z przodu dwójki zawodników. Cóż teraz pojawił się w głowie dylemat gonić uciekiniera i dołączyć do całej trójki, walczyć samemu czy zwolnić i poczekać na Maćka aby razem stabilnie dobiec do końca. Na pierwszą opcję nie było szans, chłopaki momentalnie odskakiwali do przodu i gonienie ich pochłonęło by zbyt wiele sił, a do mety nadal została prawie połowa dystansu. Nawet korzystanie z ich osłony przed wiatrem mogło by nie być skuteczne, ponieważ oprócz dołączenia do grupy trzeba jeszcze utrzymać jej tempo, a to już takie łatwe by nie było po wcześniejszej gonitwie. Czekanie również nie było dobrym pomysłem, Maciek także tracił siły biegnąc pod wiatr bez osłony więc ciężko byko stwierdzić jak długo uda mu się utrzymać obecne tempo. Postanowiłem więc biec samotnie stawiając czoła (dosłownie) porywom wiatru, tak długo jak długo będę w stanie. Ze wcześniejszego rekonesansu samochodowego pamiętałem że mniej więcej po około 7,5 km trasa powinna zacząć systematycznie opadać do jeziora Gopło. Z tą myślą biegłem kolejne 2 km, w końcu zawsze lepiej biec pod wiatr ale z górki. Czasami, na długich prostych odcinkach, widziałem jeszcze chen daleko przed sobą, dwóch pierwszych zawodników. Dystans do biegnącyh bezpośrednio przede mną trzech "Kun" na razie się utrzymywał. Czasami nawet udawalo mi się lekko ich podgonić, tylko po to aby za chwilę ponownie mi odskoczyli. W końcu minąłem 7 km, teraz ostatni podbieg i już tylko w dół, pomyślałem. Dystans do Roberta, Michała i Darka ponownie nieco zmalał i niebawem zacząłem nabierać prędkości przekraczając ostatnią górkę. No prawie bo jak się finalnie okazało trasa miała mnie jeszcze lekko zaskoczyć. Tak czy inaczej Panowie również wykorzystali siłę grawitacji i także zaczęli nabierać prędkości. Pędem mieliśmy 8 km i już po chwili wpadliśmy do Połajewa. Tutaj wbrew logice trasa nie prowadziła już drogą asfaltową do jeziora, ale skręcała w kierunku centrum tuż za remizą Ochotniczej Straży Pożarnej. Następnie przebiegliśmy przez centrum wsi, obiegliśmy kościół, notabene całkiem ładny pod względem architektury. Po kilku kolejnych zakrętach skończył się asfalt i wbiegliśmy między pola. Końcowy fragment trasy poprowadzony został droga gruntową, na nasze szczęście dość dobrze ubitą. Niestety buty nie oddawały już tak dobrze energii, tym bardziej że moc moich kroków mocno już spadła względem początkowych kilometrów. Chłopaki przede mną, czując zbliżający się finish ostro docisnęli i ponownie zaczeli uciekać, mi jak zaznaczylem powoli zaczynało brakować pary, a na domiar złego znów zrobiło się lekko pod górkę. O wietrze nawet nie wspominam, ten nadal wiał jak wściekły prosto w twarz, także właśnie pojawiło się to znienawidzone przez biegaczy combo, czyli bieg pod górkę i pod wiatr. Do kompletu brakowało jedynie deszczu, ale spokojnie nie uprzedzajmy faktów. Dobiegając do szczytu wzniesienia wiedziałem że pociąg z napisem Kuna Team właśnie odjechał z peronu na który wpadłem, po prostu chłopaki wzięli i odbiegli. Zobaczyłem tylko jak skrywają się właśnie między drzewami tuż nad jeziorem. W trakcie zbiegu, na delikatnym łuku próbowałem jeszcze lekko rzucić okiem za siebie, ale zobaczyłem jedynie dwie postacie, jedną zbiegając z pagórka a drugą na jego szczycie. Do mety pozostało jeszcze około 800 - 700 m a za mną ktoś właśnie nabierał prędkości. Czas się wziąć w garść. Wiedziałem już że swojej lokaty nie poprawie, ale teraz postanowiłem zawalczyć o utrzymanie 6 miejsca open. Po chwili biegłem już wzdłuż jeziora. Droga zrobiła się nieco bardziej wilgotna ale był to jedynie krótki kawałek. Przebiegłem kładkę znalazłem się na terenie ośrodka wypoczynkowego. Ostatnie metry pokonywaliśmy już po wybrukowanej alejce ośrodka, jeszcze trochę, jeszcze chwila i powinna być meta, no gdzie ona jest. Ledwie już przebierałem nogami wypatrując końcowej bramy niczym zbawienia, tej jednak nigdzie nie było widać, za to mijałem kolejne działki z pięknymi domkami letniskowymi usadowionymi tuż nad wodami jeziora Gopło, bardzo ładna okolica trzeba przyznać. Wracając jednak do poszukiwania mety, już od kilku chwil słyszałem gwarny doping, czułem więc że jestem blisko. W między czasie mijałem kolejnych kibiców oklaskujących biegaczy. Po ich minięciu nasłuchiwałem kiedy zaczną motywować kolejnego zawodnika w stawce. Zdziwiłem się gdy cisza utrzymywała się dłuższy czas, co dawało jasno do zrozumienia że kolejna osoba za mną jest dość daleko. Mimo to nie miałem zamiaru odpuszczać na finiszu. Podczas pokonywania delikatnego łuku w końcu zobaczyłem upragniona metę. Przyspieszyłem na tyle na ile byłem w stanie i wpadłem na ostatnią prostą. Zegar pokazywał czas niewiele ponad 37 min, oznaczało to że mimo tak niesprzyjających warunków powinienem uzyskać czas zbliżony do ustanowionej niedawno w Kwidzyniu życiówki (37:27). Najbardziej jednak cieszyły dwie kwestie, po pierwsze że nie dałem się wyprzedzić na finiszu, a po drugie że na biegałem całkiem przyzwoity czas dla drużyny. Finalnie więc zawody ukończyłem na 6 pozycji open, i jak się okazało 1 w kategorii wiekowej, z czasem 37:21, ponownie wiec poprawiając swoją życiówkę. To już 5 z kolei zawody w trakcie których poprawiam swój rekord życiowy. Generalnie trasa z Piotrkowa do Połajewa, przy dobrych warunkach, sprzyja uzyskiwaniu dobrych wyników. W prawdzie jest kilka górek, nie są one jednak zbyt wysokie, dlatego można uznać ją raczej za dość płaską, a do tego patrząc całościowo na profil trasy mamy tu systematyczny spadek wysokości. Gdyby trafić jeszcze bezwietrzne warunki, spokojnie można by poprawić międzyczasy o kilka sekund na kilometr. Pogoda jednak w tym roku nie rozpieszczała. Gdy mijałem linię mety świeciło piękne słońce, podobnie gdy dołączali do mnie kolejni zawodnicy. Około pół min po mnie bieg ukończył Tomasz Komorowski a chwilę później Maciek. Chłopaki wykręcili świetnie czasy więc teraz czekaliśmy już tylko na pierwszą kobietę. Po kilkunastu sekundach do mety dotarł również Marcin, który jak sam stwierdził potraktował ten stary treningowo. Z każdą kolejną minutą pogoda ulegała jednak zmianie. Słońce ustąpiło miejsca ciemnym, gęstym chmurom i już po chwili zaczęło padać. Deszcz z każda sekundą gęstniał i przybierał na sile, dlatego schroniłem się w namiocie z depozytem. Gdy na metę dotarł Krzysztof Rumiński, ścigając się do końca z dwójką zawodników, padało już solidnie. Za to nieco ponad minutę później, w strugach ulewnego deszczu swój bieg kończyła pierwsza kobieta WKB - Monika Bla uzyskując świetny czas 46:05, a tym samym ustanawiając swój nowy rekord życiowy i zgarniając 3 miejsce open wśród Kobiet - lało jak z cebra. Mało tego z relacji naszych klubowych "Wróbelków" dowiedzieliśmy się że nieco dalej, na trasie deszcz przeszedł dodatkowo w grad. Nie przeszkodziło to jednak w osiągnięciu świetnych wyników Julia Orłowska oraz Paulina Wróblewska (gratulacje nowej życiówki). Dosłownie chwilę po wbiegnięciu na metę Moniki pogoda ponownie się zmieniła i znów zaczęło wychodzić słońce. Po zbiciu licznych piąteczek i gratulacjach poszliśmy zrobić rozbieganie aby jak najszybciej wrócić na zasłużone jedzenie. Jak się jednak okazało konieczne były kupony które zostały w aucie, i całe szczęście. Zdążyliśmy wrócić do samochodu po kartki na kiełbaskę, a tu ponownie zaczęło padać. Początkowo delikatnie ale już po chwili deszcz ponownie nabrał mocy. Postanowiliśmy go przeczekać, co jak się okazało zajęło dość długo. Po deszczu wróciliśmy na festyn i trafiliśmy od razu a rozdanie nagród, które ze względu na okienko pogodowe nieco przyspieszono. Na początek rozdano nagrody open. Wśród mężczyzn trzecie miejsce zajął Michal Pietrzak z Kuna Team, z kolei wśród kobiet na tym samym stopniu podium stanęła Monika Bladoszewska z WKB Maratończyk Włocławek. Kolejne kategorie wiekowe to również liczne nagrody zarówno dla WKB jak i Kuna Team. I tak nasi reprezentanci zajmowali miejsca:
- Julia Orłowska 1 w kategorii
- Krzysztof Rumuński 3 w kategorii
- Stanisław Błaszczak 3 w kategorii
Do tego dorzuciłem również swoje 1 miejsce w kategorii wiekowej, a łączne cała ekipa WKB Maratończyk Włocławek zajęła 2 miejsce w klasyfikacji drużynowej, ustępując jedynie drużynie Kuna Team. W tym miejscu również gratulacje dla dla zwycięzców 👏👏👏. Dodam również że Panowie z Kuna Team zdominowali również kategorię M40 zajmując 1 i 2 miejsca odpowiednio Robert i Darek. Gratulacje 👏👏👍👍👍💪💪💪.
Teraz czas trochę odpocząć i złapać nieco oddechu, dlatego w najbliższy weekend zamieniam trasę Vladislawia Cross na nieco inne ścieżki. Za to w lipcu ponownie mam w planie stanąć na starcie tym razem nieco bardziej złożonych zawodów, ale o tym już niebawem.
Do zobaczenia 😉