Podróżujące Jagódki

Podróżujące Jagódki Jesteśmy duetem pochłoniętym zamiłowaniem do Gór.

II spływ kajakowy WKB Maratończyk Włocławek   Trzymając się zasady że nie samym bieganiem biegacz żyje w ubiegły weekend...
30/07/2026

II spływ kajakowy WKB Maratończyk Włocławek

Trzymając się zasady że nie samym bieganiem biegacz żyje w ubiegły weekend wybraliśmy się na doroczny, bo już II, spływ kajakowy WKB Maratończyk Włocławek. Po licznych debatach, analizach i ankietach udało się dobrać termin i zebrać całkiem pokaźną grupę.

Za wspaniałą organizacje podziękowania należą się oczywiście głównemu prowodyrowi całego zamieszania a więc Sylwester Jasiński - brawa dla Ciebie. Sylwek jednak przezornie unikał kolejnej sposobności oberwania wiosłem, w Brodnicy tym razem obeszło się bez guza, i tym razem wybrał rajd rowerowy w ramach Jakubowej Sztafety w towarzystwie Pauliny. Cóż nie ma się co dziwić. Tak czy inaczej organizacyjnie dopiął spływ na ostatni guzik odprawił nas na start i ruszyliśmy. A wiosłem zarobił ktoś inny, cóż ilość guzów musi się zgadzać 🤪.

Trasa spływu była dokładnie Ta sama co w zeszłym roku, ale zdecydowanie nie Taka sama. Jako że Gosia ponownie nie płynęła ze mną w kajaku zostając z Antosiem w domu (jeszcze trochę zanim wsadzimy go do kajaka), tym razem w pokonaniu trasy do Cierszewa towarzyszyła mi Marta Kokorzycka - dzięki za miłe towarzystwo 🙂. Jak już powiedziałem trasa ta sama ale nie taka sama. W zeszłym roku już od samego początku zmagaliśmy się z niskim stanem wody, a przez to licznymi przeszkodami i częstymi przenioskami. Tym razem poziom wody był zacznie wyższy, a i zwalonych drzew było nadspodziewanie mało. Po drodze, oprócz dwóch wiadomych przeniosek związanych z mostem pontonowym i jazem przy Młynie, mieliśmy tylko jedna dodatkową i to po brzegu, więc można powiedzieć NUDA 🥱. Choć mi taka nuda bardzo odpowiadała. W końcu był to czas zasłużonego chillu i relaksu a do tego sama Skrwa przepływająca przez tereny Parku Krajobrazowego daje możliwość obcowania z przyrodą. I właśnie na tym aspekcie głównie skupiła się nasza uwaga. 😎 Bogata flora i fauna przykuła naszą uwagę już po kilku kilometrach. Nasze klubowe koleżanki bardzo szybko wypatrzyły dość dużo WĘŻY. Niestety, były to w większości same marne zaskrońce, cóż ciężko w tych rejonach spodziewać się wielkich Pytonów Królewskich, chociaż może - kto wie - za rok się jakiś trafi? 🤔 Jednakże kilka wprawnych par oczu dostrzegło, jak same to określiły, całkiem dorodne PAŁKI wodne. Czasami trzeba mieć trochę szczęścia. Koledzy z kolei wypatrzyli, tu i ówdzie, pluskającego się BOBRA. Generalnie dla każdego coś miłego i tak, zachowując parytety płciowe, wszyscy byli zadowoleni. A całość obserwacji udało się przeprowadzić zaledwie na niewielkim odcinku Skrwy, w okolicy Radotek, gdzie były bardzo dobre WIBRACJE zapewnione przez odbywający się tam festiwal o tej samej nazwie - zainteresowanych odsyłam do Googla 😉. Po minięciu jazu oddaliśmy prowadzenie innym załogom i na spokojnie dotarliśmy do ośrodka w Cierszewie jako - chyba - 4 para pokonując trasę w nieco ponad 3 h, dodam że liczona była na 4,5 h, więc raczej całkiem sprawnie nam poszło. Na zakończenie czekało na nas ognisko na którym upiekliśmy kiełbaski, pianki a na stołach w między czasie pojawiły się też inne pyszności przyniesione przez Klubowiczów. Świetnie się gadało ale czas gonił, więc po wspólnym zdjęciu pożegnałem wesołą ferajnę i wróciłem do domu.

Dzięki za super zabawę i mam nadzieję że za rok będziemy kontynuować nasza tradycję spływową, oczywiście koniecznie w terminie festiwalu w Radotkach 🤪.

Jak powtarza Szybki z Szybkie Podróże, trójkąty są fajne, a jeszcze fajniejsze są trójkąty w duetach. Kilkukrotnie to ju...
16/07/2026

Jak powtarza Szybki z Szybkie Podróże, trójkąty są fajne, a jeszcze fajniejsze są trójkąty w duetach. Kilkukrotnie to już sprawdziliśmy, dlatego w tym roku ponownie zawitaliśmy do Brodnicy na zawody Brodnicki Trójkąt, czyli rower, pływanie i bieg. Podobnie jak rok wcześniej na starcie ponownie stanąłem wraz z Sylwester Jasiński. Pomimo nabitego poprzednio guza, tym razem ponownie podjął wyzwanie. Po zapisaniu się trafiliśmy na drugą listę startową, co oznaczało że na zawody nie musimy się aż tak spieszyć gdyż startujemy w drugiej turze. Dawało to pewien komfort jeśli chodzi o dojazd. Również pogoda okazała się w tym roku łaskawa po dość konkretnych upałach i przyszło lekkie ochłodzenie. Warunki może niezbyt dobre do kibicowania za to idealne dla zawodników utrzymały się przez cały dzień, więc wszyscy mieli również szansę. Z racji pogody Małgosia Jagodzińska i Antek zostali w domku więc do Brodnicy pojechałem sam. Na miejscu czekali już na mnie Sylwek z Pauliną, która w tym roku była naszym wsparciem logistycznym. Idąc po pakiet udało mi się jeszcze zdopingować jedną ze znajomych drużyn Anię i Marcela, w między czasie na jeziorze nadal znajdował się kajak Ula Błaszak i Piotr Błaszak . Po podpisaniu "cyrografu" potwierdzającego sprzedaż organów w razie gdybym nie ukończył biegu w całości, ..., nie bo dobra żarcik bo mnie FB wytnie. Ale po podpisaniu dokumentów otrzymaliśmy przepięknie pakiety startowe. W tym roku w ich skład wchodziły wodoodporne worki żeglarskie oraz kapelusze, ale tym razem nie słomkowe, chociaż te z poprzednich edycji wprost uwielbiam. Kompletu dopełniały koszulki które można było dokupić, a było warto. Świetna jakość wykonania i bardzo dobry materiał. Jedyny problem to pomyłki w rozmiarach zamawianych a otrzymanych i tym sposobem skończyłem z XL. Cóż lepiej tak niż miałbym dostać S, wtedy w ogóle bym się w nią nie wcisnął a tak będę miał luźniejsza koszulkę 🤪. Po powrocie do aut nadszedł a czas na rozpakowanie rowerów i zaprowadzenie ich do "garażu". Przy odpakowywaniu rowerowego sprzętu zauważyłem że Sylwek nie próżnował i w tym roku przyjechał do Brodnicy wyposażony w konkretny sprzęt, a do tego zdecydowanie "rozjeżdżony", ale po kolei. Jego nowy rower był lekki jak piórko, ważył zaledwie 18 kg i miał więcej karbonu niż niejeden Golf po tuningu. Dodatkowo Sylwek właśnie kończył wyzwanie związane z rowerową stolicą Polski, w trakcie którego kręcił kilometry dla gminy Lipno, a wykręcił ich ponad 700 w ciągu miesiąca. Można powiedzieć że moja sportowa para solidnie przygotowała się do części rowerowej, czego niestety nie można było powiedzieć o mnie. W tym roku pokręciłem niewiele, a i rower był lekko niesprawny. Po weekendzie majowym, kiedy to wybrałem się na przejażdżkę klubową WKB Maratończyk Włocławek zauważyłem problem z przednią przerzutką i ostatnią zębatką. Lekko to zbagatelizowałem, ale jak się okazało był to kluczowy błąd. Po rozstawieniu się w strefie garażowej czekaliśmy już tylko na zakończenie zmagań zawodników z pierwszej tury. W między czasie dobiegli nasi znajomi Klubu oraz odbyliśmy odprawę. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia i niebawem ustawialiśmy się na start. Przezornie zmieniłem przerzutkę aby łatwiej było ruszyć, co niestety kosztowało mnie chwilę spóźnienia a przez to zajęcie gorszego miejsca startowego. Sylwek był już w gotowości. Jeszcze chwila, ostatnia para wbiegła na metę a chwilę później padł strzał i wystartowaliśmy. Początek wyścigu jest zawsze trudny. Duży ścisk, tłok, każdy walczy o pozycję trzeba być bardzo czujnym a jednocześnie starać się cisnąć do przodu. Sylwek bardzo szybko wypracował sobie pozycję ja z kolei musiałem nieco lawirować i przeciskać się starajac za nim nadążyć. Droga w tym roku była ubita, choć miejscami zdażały się piaszczyste miejsca gdzie strasznie prowadzało rower. Na szczęście udało się nie zaliczyć gleby. Po pewnym czasie grupa nieco się rozjechała i pojawiło się więcej przestrzeni pomiędzy zawodnikami. Część wcześniej objechała nas krzycząc wręcz aby ich przepuścić - trochę to było słabe, ponieważ każdy walczył jednak o jak najlepsze miejsce. Nie mniej jednak w tym momencie chciałem nieco podkręcić tempo no i właśnie wyszły problemy z przerzutką. Mimo prób nie mogłem przełożyć łańcuch na najwyższe przełożenie z przodu, a przez to musiałem wykorzystać najmniejsza zębatkę z tyłu, która okazała się uszkodzona i łańcuch co chwila przeskakiwał. Jako że nie lubię jeździć na wysokiej kadencji, trudno było mi utrzymać tempo i niebawem Sylwek zaczął mi coraz bardziej odjeżdżać. Po około 3 km dystans między nami wzrósł na tyle że straciłem go z oczu. Niedobrze ponieważ generalnie były to zawody drutów, ale z drugiej strony założenie było takie że na metę i tak wbiegamy razem. Przez pewien czas zastanawiałem się nawet czy jadę właściwą trasą ale około 0,5 km przed nawrotką zaczęli mijać mnie zawodnicy z czołówki. Tuż za nimi był również Sylwek. W między czasie również walczyłem o pozycję z innym zawodnikiem który jechał tuż obok. Przed nawrotką to ja go wyprzedziłem, ale jakoś czas po zmianie kierunku to on objął prowadzenie. Walka między nami była zacięta i trwała praktycznie do mety tego odcinka. W końcu jednak udało się zapiąć 3 blat na przedniej przerzutce, dzięki czemu mogłem zmienić ustawienie na tylnej i zacząć odrabiać straty. Sylwek i czołówka byli już jednak poza moim zasięgiem, natomiast kawałek przed metą udało mi się ponownie wyprzedzić mojego najbliższego adwersarza. Po dotarciu do "garażu" szybko zostawiłem rower oraz kask i ruszyłem w stronę sąsiedniego brzegu jeziora, gdzie znajdowała się przystań kajaków. Jeszcze łyczek wody po drodze, przebiegnięcie kładek i już byłem przy przystani. Sylwek czekał na miejscu zajmując pierwsze siedzisko w naszej 'łajbie". Po drodze słyszałem również doping Pauliny. Nie zdążyłem nawet dobrze usiąść, a ludzie z obsługi punktu już wypychali nasz kajak na wodę. Dobrze że narzuciłem chociaż kapok, choć nie zapięty pewnie na wiele by się nie zdał. Jak się później okazało Sylwek czekał na mnie w kajaku około 2 min., cóż straszne słabo poszedł mi rower w tym roku. Zawody jednak się nie kończyły więc postanowiłem zawalczyć aby nieco zmazać mój niezbyt okazały wynik.
Kajakiem od początku ruszyliśmy ostro zamierzając gonić czołówkę. Dystans który nas jednak dzielił był znaczny. Niezrażeni odległością, oraz tym że przez pierwsze 1,5 km mieliśmy płynąć prosto pod wiatr, ustabilizowalismy rytm i gnaliśmy za ekipami płynącymi przed nami. Wszystko zapowiadało się całkiem nieźle, mimo wiatru odpowiednie zgranie wiosłowania dawało szansę na sprawne zminimalizowanie syraty do konkurencji. Czas i dystans upływały nam według rytmu "raz ... raz .... raz ...", lub "lewa ... lewa ... lewa ...". I tak co jakiś czas na zmianę. Pierwsze 0,5 km upłynęło nam bardzo szybko i nagle pojawił się problem. W pewnym momencie Sylwek syknął i przerwał wiosłowanie zgłaszając nagły ból w ręce. Wyglądało to początkowo na skurcz lub naciągnięcie mięśnia. Z każdym ruchem było coraz gorzej. Chwilowe przerwy również nie pomagały. Zaproponowałem Sylwkowi dłuższy odpoczynek, ale odezwała się w nim sportowa złość i za nic nie chciał odpuścić. Postanowiłem więc spróbować czegoś innego. Nieco zwolniłem rytm jednocześnie sugerując, aby nieco mniej agresywnie atakował wiosłem taflę jeziora. Wolniejszy, mniej agresywny ruch po pewnym czasie zaczął przynosić efekty i Sylwek ponownie był w stanie wiosłować. W prawdzie kosztowało nas to nieco czasu ale finalnie udało dopłynąć się do zawrotki już w zadowalającym tempie. Liczyliśmy na to że powrót na plażę będzie łatwiejszy, w końcu płynęliśmy z wiatrem. Nic jednak bardziej mylnego, gdyż jak się okazało teraz płynęliśmy pod fale. Woda ściągała nas co chwilę na prawo, przez co musieliśmy korygować kurs. Nadal jednak nie rezygnowaliśmy z gonienia rywali systematycznie zwiększając tempo. W prawdzie nieco zmniejszyliśmy dystans dzielący nas od płynacej przodem ekipy, jednakże dalej sporo nam brakowało.
Gdy wylądowaliśmy na plaży, dosłownie bo w trakcie gdy ekipa organizatora wyciągała kajak na brzeg, my w locie z niego wyskakiwaliśmy, bez chwili zastanowienia ruszyliśmy na trasę biegu. Początkowe metry prowadziły po piaszczystej, miejskiej plaży. Po wyjściu z kajaka był to dość trudny fragment szczególnie że moje uda po przeprawie rowerowej już strasznie paliły. Obiegliśmy zatoczkę, przebiegając mostek przy młynie i już byliśmy przy punkcie z wodą. Kilka łyków a przed nami ostatnie nieco ponad 5 km biegu. Trasa częściowo pokrywała się z drogą leśną którą pokonaliśmy wcześniej rowerem. Po około 2 km odbijaliśmy w prawo i kolejny kilometr biegliśmy między polami. W tym roku Sylwek nie miał za sobą 100 kilometrowego biegu ultra, dzięki czemu "wypoczęte" nogi (o ile tak można mówić po przejechaniu ponad 700 km) podawały znacznie lepiej niż poprzednio. Trzymaliśmy więc tempo około 5 min/km co pozwalało na lekkie podgonienie pary biegnącej przed nami. Dystans jednak raczej utrzymywał się na dość dużym poziomie, podobnie sytuacja miała się na naszym zapleczu. Nasze tempo było wystarczające aby utrzymywać ekipę biegnąca za nami również na bezpiecznym dystansie.
Finalnie po pewnym, spokojnym biegu wpadliśmy razem na metę uzyskując łączny czas na poziomie 1:13:41 pozwoliło nam zająć 6 miejsce w naszej turze (4 ekipa męska) i 7 generalnie. Wynik zadowalający choć nieco słabszy niż rok temu, nie mniej jednak miejsce udało się utrzymać na niezmienionym poziomie. Na mecie otrzymaliśmy przepięknie medale, w prawdzie tym razem nie były one wypalane a metalowe, ale na prawdę robiły wrażenie. Do tego nadszedł również czas aby uzupełnić kalorie po wyczerpujących zmaganiach i tu pojawia się jeden z głównych powodów dla którego tak chętnie przyjeżdżam do Brodnicy - przepyszne drożdżówki z jagodami. Wielkie, pyszne, z dużą ilością nadzienia, obficie obsypane kruszonką i polane słodkim lukrem, mmmmmm ...., coś wspaniałego. Na dzień dobry zjadłem chyba dwie, a to niebylo moje ostatnie słowo. Był czas na zdjęcia, pogaduchy, gratulacje i uściski dłoni, ale każde zmagania kiedyś się kończą. Zebraliśmy więc nasze "rumaki" z garażu i poszliśmy zapakować je do aut. W międzyczasie, zanim zabezpieczyliśmy rowery do transportu, na metę dotarła ostatnia ekipa i organizatorzy już przeszli do rozdania nagród. Jako że nie zajęliśmy żadnego premiowanego miejsca, na spokojnie zebraliśmy rzeczy i ruszyliśmy na plażę aby tradycyjnie popływać w jeziorze. Jeszcze nigdy nie miałem takiego zabezpieczenia podczas kąpieli. Na pomoście siedlisko kilku ratowników szczelnie opatulonych w kurtki, a na całym kompielisku były jedynie dwie osoby którym chłodna auta nie przeszkadzała w pływaniu - my. Woda okazała się jednak zaskakująco przyjemna i ciepła, być może było to spowodowane niska temperatura otoczenia, co skutecznie odstraszało innych chetnych. Ale brak tłumów totalnie nam nie przeszkadzał. Wykąpani i przebrani ponownie ruszyliśmy w kierunku drożdżówek, bo jak wiadomo woda wyciąga 😉. Jak zawsze słodkości było zapewnionych tak dużo że na spokojnie były jeszcze dostępne. Po częstowaliśmy się więc jeszcze przepysznymi drożdżówkami a do tego otrzymaliśmy jeszcze po kubku izo i kawę z ekspresu - no bajka. Nawet udało mi się zgarnąć dwie drożdżówki dla Gosi która również je uwielbia. Najedzeni zarówno drożdżówek jak i sportowych emocji ruszyliśmy w drogę powrotną. To była bardzo fajna sportowa sobota. Już nie mogę doczekać się zawodów za rok.

Sylwek dzięki za wspólny start, tym razem obyło się bez dodatkowych urazów 😁

Gdy emocje już opadną, jak po VI Złocie Szybkich Podróżników kurz. Jeszcze kilka godzin przed tym gdy zacząłem pisać teg...
27/06/2026

Gdy emocje już opadną, jak po VI Złocie Szybkich Podróżników kurz. Jeszcze kilka godzin przed tym gdy zacząłem pisać tego posta Schronisko Przysłop pod Baranią Górą było pełne ludzi, a teraz siedzę na balkonie i słucham śpiewu ptaków. Oprócz nas nocuje tu dziś jedynie kilka osób, a jeszcze chwilę temu było tu zupełnie inaczej.

Nie chcę zabierać Szybkiemu "chleba", bo z pewnością popełni niebawem posta podsumowującego, natomiast ze swej strony chcemy jedynie podziękować. Po zeszłorocznej absencji nie wyobrażaliśmy sobie aby tym razem nas zabrakło. Mimo tego że Antoś ma dopiero 4,5 miesiąca dotarliśmy do Schroniska już w czwartek wieczorem. Oczywiście nocleg był już klepniety kilka miesięcy wcześniej i pokój na nas czekał, nie mniej jednak mieliśmy dość duże obawy jeśli chodziło o podróż. Jazda przez pół kraju z małym dzieckiem autem bez klimy kiedy wszystkie prognozy pogody mówią o fali gorąca mogło okazać się sporym wyzwaniem. Podeszliśmy więc do tego problemu logistycznie i zaplanowaliśmy spory bufor czasu plus liczne postoje w razie konieczności. Finalnie okazało się że nasze obawy były większe aniżeli wyzwanie z jakim się mierzyliśmy. Antoś przekimał większość trasy. Gdy budził się na jedzenie bardzo szybko udawało nam się zjechać na MOPa, a jedyny problem stanowiła temperatura, choć i to próbowaliśmy jakoś ogarnąć. Tak czy inaczej trasa przebiegała w miarę ok, spacer do schroniska, mimo że kondycyjnie wymagający, również okazał się do przeżycia. Kolejne minuty zweryfikowały również nasze obawy co do ilości nowych osób. Okazało się że Antek świetnie akceptuje wszystkich Szybkich Podróżników, nie przeszkadzał mu chałas ani zapach piwa i innych %. Dodatkowo już w czwartek poznaliśmy nowe osoby, które jak się okazało pochodziły z naszych rejonów - pozdrawiamy Justynę z Brześcia Kujawskiego. Oprócz takich atrakcji zafundowaliśmy sobie jeszcze wypad na pączki do Ustronia i wróciliśmy na oficjalne otwarcie Zlotu, wykorzystując jeszcze trochę kilkoro Szybkich Podróżników jako nosiczy gabloty Antka.

A impreza zaczęła się od prelekcji Biwakowy który opowiadał o swoich ostatnich zimowych przygodach podczas trawersu najdzikszego Parku Narodowego w Europie - fińskiego Parku Urho Kekkonena. Następnie był czas na opowiedzenie historii związanej z przesłanym zdjęciem, a dalej przenieśliśmy się na zewnątrz aby po raz pierwszy w ten weekend wspólnie się zdezintegrować. Mimo że główne ognisko miało być w sobotę, to krążące już w piatek nalewki zapowiadały że impreza będzie na prawdę wyjątkowa.
Kolejny dzień to kolejne prelekcje, spotkania, rozmowy oraz inne atrakcje ujęte w programie. Ten dzień rozpoczął Pirat Dyplomata opowiadając o 10 najgłupszych rzeczach jakie zrobił w podróży. Jak się finalnie okazało tych rzeczy było i wiele więcej ale przynajmniej opowiedział o co najmniej 10 różnych podróżach. Aby zmienić nieco klimat po porannej prelekcji wybraliśmy się na szczyt Baraniej Góry. Spacer przyciągnął liczne grono fanów wędrówek, tym razem jednak Gosia i Antoś pozostali w schronisku, a jako reprezentacja Jagódek wystąpiłem ja. Po przyjściu był czas napi relaks,.obiadek i wspólne zdjęcie a także warsztaty z szydełkowania które poprowadziła Natalka. Następnie kolejni prelegenci zabierali nas w różne strony świata:
O Indiach opowiedział Arek Imiela, z subkontynentu przenieśliśmy się następnie na mroźną Islandię za sprawą opowieści Łukasz Kornatka, która mimo pięknych wspomnień i cudownych krajobrazów miała gorzki finał. Pamiętajmy jednak że nie każda piękna historia kończy się happy endem.

Kolejny na scenie pojawił się, a jakże by inaczej sam Szybki we własnym sosie, a właściwie w towarzystwie, ale nie, nie Pauli a swojej własnej, świeżutko wydanej książki. Szybki napisał książkę, do czego to doszło ,aby szanujący się youtuber wydał własną książkę?? Żarcik oczywiście, sami już od dłuższego czasu niecierpliwie śliniliśmy palce, jak Antoś, aby w końcu móc dotknąć kolejnych stron tego dzieła. Już widzę jak umili nam ona oczekiwanie na kolejną wycieczkę w nasze piękne góry. Oczywiście nabyliśmy egzemplarz opatrzony przepiękna dedykacją. Szybki to my jesteśmy zaszczyceni że poznaliśmy tak świetnych ludzi dzięki Tobie no i oczywiście Ciebie, bo jesteś zajefajnym Gościem, który rozsiewa masę dobra w tym strasznie skomercjalizowanym i nastawionym na zysk świecie.

Po tej niezwykłej opowieści o procesie twórczym nadszedł czas na prawdziwą moc kultury wysokiej. Na scenie pojawił się Grzegorz Bukowski który zabrał nas w niesamowitą podróż po GSB. recytowana opowieść o wędrówce Głównym Szlakiem Beskidzkim, którą nam zafundował przeplatana kolejnymi utworami pochodzacymi z płyty Legendy GSB, była czymś niesamowitym wręcz misternym, jesli ile można tak powiedzieć o utworach opowiadających o czasach, demonach i diabłach.

Tak czy inaczej, Grzesiu dałeś czadu i wprowadziłes nas w taki klimat że nawet Antoś nie chciał wracać do pokoju spać. Zasłuchani w przepiękne utwory nawet nie zauważyliśmy gdy znaleźliśmy się przy ognisku w akompaniamencie naszych cudownych gitarzystów. Noc była długa ale za to jakże wesola. Rozmową, śpiewom i zabawie nie było końca.

W między czasie doszlo też do incydentu, można powiedzieć podobnego do tych jakie zdążają się na basenach. Otóż otwarta została puszka szwedzkiego przysmaku,.a więc kiszonego śledzia. Niestety mnie przy tym nie było a do rozszczelnienia śmierdzącej puszki posłużył mój nóż, wystarczyło spuścić go na chwilę z oczu - dzięki Ragnar Lodbrok. Po powrocie do ogniska od razu coś mi tam zaśmierdziało.. Nie no, nie było tak źle, puszka została otwarta w pewnej odległości, a że musiałem odzyskać nóż więc automatycznie podszedłem do niej i wiecie co, nie jest tak źle. Fakt zapach śledzia jest nieco siarkowodorowy, ale nie pachnie gorzej niż węglowodory uwalniające się z kombinatu w Płocku o poranku (kilka lat temu doświadczyłem tego osobiście). Krótko mówiąc nie porażony aromatem spróbowałem kawałek, i tu również się zawiodłem. Śledź ma glutowatą konsystencję i jest mega słony. Generalnie jak by go wypłukał, pokroił na małe kawałki i wrzucił do sałatki jarzynowej pewnie nawet byście nie wiedzieli że jecie kiszonego, śmierdzącego śledzia. Dobra ale odpłynałem od głównego nurtu. Po północy dolaczyły do nas "Rusałki" że Świętojańskiej Wrzawy a więc obchodów nocy Kupały. Kwiatu paproci już nikt nie był w stanie szukać ponieważ ilość trunków które zostały wypite skutecznie ograniczyło nam pole widzenia. Po 2 ulotniłem się z imprezy i wróciłem nieco przykimać.


Noc była krótka ponieważ już koło 6 wstaliśmy aby całą rodzinką ruszyć na Baranią Górę. Korzystając z nieco bardziej rześkiego powietrza udało się wejście na szczyt dość sprawnie. Antek w trakcie wędrówki złapał jeszcze krótką drzemkę kołysząc się w nosidle, ale samym szczytowaniem był już żywo zainteresowany. Szczególnie podobało mu się wejście na wieżę. Chwila na szczycie, pamiątkowe zdjęcie i relacja a następnie droga powrotna, którą częściowo Antek ponownie przespał. Wszystko to udało nam się przewędrować w niecale 2 godziny i 20 min, dzięki czemu po powrocie do schroniska był czas na śniadanko i odpoczynek przed kolejnymi prelekcjami. Na dzień dobry na scenie wystąpił Pan Szpak i opowiedział o tajnikach wspinaczki, a chwilę później miał miejsce tradycyjny Quiz. W tym roku pytania okazały się nadzwyczaj trudne. Jako ostatni swoją prelekcje mieli Paula i Tomek którzy zabrali nas w podróż po najwyższym paśmie górskim świata a więc trafiliśmy w Himalaje. Autorzy opowiadali jednak przede wszystkim nie o tym co w Himalajach zobaczyli a jak się do wyprawy przygotowali zarówno w sensie fizycznym jak i żywieniowym. Prelekcja była mega ciekawa ponieważ pokazała potrawę niejako od "kuchni" a więc w sposób nieoczywisty, poruszając przy tym jakże ważne kwestie.

Nieubłaganie zbliżało się zakończenie ewentu ale jeszcze zanim to nastąpiło nadeszla wiekopomna chwila ... na ogłoszenie zwycięzców quizu. Jak już wspomniałem pytania były bardzo trudne, szczególnie te dotyczące miejsca gdzie można kupić najlepsze skarpety - pozdrawiamy .pl. Nie ma na się co jednak dziwić, nagroda za zajęcie pierwszego miejsca była zacna - panel solarny umożliwiający ładowanie dwóch urządzeń na raz. Może i przy marszach długodystansowych niezbyt przydatny za to na wypad pod namiot jak znalazł. Jak się okazało nikt nie ustrzelił kompletu poprawnych odpowiedzi. Jednak jak się okazało zwycięzca zgarnął 23 poprawne odpowiedzi, niewiele mniej poprawnych skreśleń zaliczyli Marcin Nowak i Karolina Nowak (3 miejsce) oraz para która zajęła 2 miejsce. Jak się okazało pierwsze miejsce przypadło ... nam. Byłem w olbrzymim szoku ponieważ przyznam szczerze że co do kilku udzielonych odpowiedzi miałem wątpliwości, ale jednak strzały okazały się celne i ze Zlotu przywieziemy bardzo fajna pamiątkę. Dziękujemy za nagrode, będziemy korzystać 😁.

Późnej był już czas tylko na podziękowanie i pożegnania, chwilę "chillu" przed wyjazdem, obiadek przed ruszeniem w drogę. Schronisko z każdą chwilą cichło. Na początku dlatego, że część z obecnych ewidentnie ogarnęło zmęczenie, może będące efektem kilkudniowej imprezy a może związane po prostu ze zmianą pogody. Im później się jednak robiło tym ilość osób malała w końcu z uczestników Zlotu na Przysłopie pozostaliśmy jedynie my oraz Kasia z Bartkiem i ich córeczki czekający na a przejście burzy która jednak nie nadeszła. W końcu i oni postanowili schodzić. Zapadał wieczór do schroniska przyszło kilkoro wędrowców, przewinęła się grupka rowerzystów a w drugiej części korytarza pokój zajmowała właśnie rodzinka z dziećmi.

Generalnie jednak panowała cisza i spokój, jakże odmienne od tego co działo się w tym miejscu jeszcze kilka godzin temu. Siedząc na balkonie, przy piwku i rozpoczynając pisanie tej relacji wsłuchiwałem się w tę ciszę, przerywaną jedynie marudzeniem Antka, któremu ciężko było zaakceptować tę nagłą zmianę intensywności otoczenia. W końcu i on uśnie ale pewnie zajmie to jeszcze dłuższą chwilę. Zapadł zmrok a ja nadal przeżywałem te emocje jakie towarzyszyły mi w ciągu mijającego weekendu. Jak to dobrze że do pracy wracam dopiero we wtorek, pomyślałem. Schronisko zasnęło, ale beskidzkie Czarty o których śpiewał Grzesiek gdzieś w tym mroku szeptały że już za rok znów z nami zatańczą swój szalony taniec przy ognisku 😉 ... a może to był tylko wiatr i piwo? 🤔 Kto to wie 🤷.

Bieg dla drużyny - taka wizja przyświecała mi podczas ostatnich zawodów w wiosennej części sezonu 2026. Jejku jak to zle...
18/06/2026

Bieg dla drużyny - taka wizja przyświecała mi podczas ostatnich zawodów w wiosennej części sezonu 2026. Jejku jak to zleciało. Jeszcze nie tak dawno sezon się dopiero co rozpoczynał, a jak się nieco bardziej skupie to pamiętam jeszcze ból dup... yyy ... znaczy się czterech liter, po wywaleniu orła na zalodzonym przejściu dla pieszych podczas zimowych przygotowań. Co za szalony sezon. Dobra nie idźmy w dygresje i skupmy się na tym co działo się w miniony weekend, a dokładnie w niedzielę, a działo się, oj działo.
Wczesnym rankiem wraz z ekipą WKB Maratończyk Włocławek zawitaliśmy nad jezioro Gopło a dokładnie do Połajewa, małej miejscowości w której znajduje się ośrodek wypoczynkowy na terenie którego miała znajdować się meta XI Biegu Bankowego organizowanego przez Bank Spółdzielczy w Piotrkowie Kujawskim. Wcześniej wraz z Marcin Szymański odebraliśmy numery startowe w siedzibie organizatora, a następnie przejechaliśmy prawie całą trasę biegu parkując tuż obok mety. W Połajewie spotkaliśmy całkiem pokaźne grono klubowiczów, którzy podobnie jak my pozostawili tam auta i wraz z innymi uczestnikami pakowali się do autobusu mającego nas wywieźć na start. Oczywiście nie obyło się bez pamiątkowej fotki. Jeszcze przed 10 ponownie dotarliśmy do Piotrkowa, pod siedzibę Banku. Na chodnikach i w budynku momentalnie zrobiło się tłoczno i gwarno. Co chwila docierali kolejni uczestnicy między innymi zawodnicy Zryw Radziejow, TKF Toruń, przyjechali również koledzy i koleżanki z KUNA Team Włocławek oraz WKB Maratończyk Włocławek. Tłum gęstniał co widać było przede wszystkim po długości kolejki do toalety, a zegar tykał. Po odstaniu swojego, można było spokojnie czekać na rozgrzewkę. Jeszcze tylko suple i na pół godziny przed startem ruszyliśmy większą ekipa na krótką przebieżke połączoną z delikatnymi przyspieszeniami. Pogoda, mimo wcześniejszych opadów i nieprzychylnych prognoz, wyglądała nienajgorzej poza silnym wiatrem wiejącym dokładnie w przeciwnym kierunku niż ten w którym mieliśmy za chwilę biec. Ehhh.... , podobno przynajmniej ma być z górki. Jeszcze krótkie rozciąganie, łyknięcie napoju magicznego w postaci przedtreningówki i rzut oka na kolejkę do WC - dobra wypocę. Już zmierzałem na start gdy nagle zaczęło padać. Najpierw niespecjalnie mocno, choć dość gęsto. Stanąłem pod murem budynku z nadzieją że to tylko przelotny, chwilowy deszczyk. Opady jednak z każdą chwilą przybierały na sile i skutecznie wygoniły pod wszelkie zadaszenia praktycznie wszystkich, nawet najzagorzalszych rozgrzewkowiczów. Staliśmy tak dłuższą chwilę zastanawiając się czy wystartujemy o czasie. Na 4 minuty przed startem deszcz zaczął słabnąć a po chwili skończył się równie nagle co zaczął. Cóż pogoda postraszyła i dała jasno do zrozumienia że po większej części to ona będzie tu rozdawać karty. Chwilę później staliśmy już na starcie odliczając końcowe sekundy. Od samego początku na czoło wysunęło się dwóch zawodników którzy nadali takie tempo że pozostali nawet nie próbowali nawiązać z nimi walki, przynajmniej na tym etapie zmagań. Dwójka szybko odskoczyła, za nimi jednak uformowała się już większa i bardziej zwarta grupa, na czele której znajdował się Maciej Grudziński, a tuż za nim ja. Na karku czułem jednak oddech konkurencji która nie odpuszczała od samego początku. Nie wiem dokładnie kto był bezpośrednio za mną, ale chyba to zawodnicy Kuna Team deptali nam po piętach. Co do warunków, te mimo że przestało padać nadal były trudne. Silny, czołowy wiatr nie ułatwiał życia więc jak mogłem chowałem się za Maćkiem, sory że Cię tak wykorzystałem 🤷. Po 2 kilometrze zauważyłem że Maciek czeka na zmianę licząc że ktoś z biegnących za nami go zastąpi, niestety chętnych nie było więc postanowiliśmy zmienić się na 4 km. Założenie na te zawody było proste, biegniemy tak aby powalczyć w klasyfikacji drużynowej, tym bardziej że warunki nie sprzyjały biciu rekordów, a same zawody nie były mocno obsadzone (w tym roku nie były brane w klasyfikacji GP Województwa). Mimo to każdy chciał pobiec możliwie jak najlepiej i początkowo plan udawało się realizować. Nasza grupa "pościgowa" biegła dość zwarcie, jednakże po kilku kilometrach niestety zaczęli odpadać z niej kolejni zawodnicy, a ona sama nieco się rozciągnęła. Jak wcześniej uzgodniliśmy dałem zmianę Maćkowi na 4 km i na punkt z wodą wbiegałem już prowadząc grupę. Długo się tym faktem "nienacieszyłem" ponieważ gdy pobierałem butelkę z wodą od osób stojących przy lewej krawędzi drogi, kątem oka zobaczyłem jak mija mnie trzyosobowy pociąg pospieszny z napisem Kuna Team. Widać było że chłopaki mają to świetnie wypracowane i ewidentnie pracują dziś na wynik dla Michał Pietrzak. Zauważyłem że Robert ponownie świetnie prowadził młodszego kolegę i ciął powietrze, a Dariusz Kunecki jako głównodowodzący zabezpieczał tyły. Łyknąłem nieco wody, odrzuciłem butelkę i postanowiłem podłączyć się pod to rozpędzone Pendolino. Początkowo udało się lekko podgonić Darka, który pozostał nieco z tyłu utrzymując bardziej przystępne tempo ok 3:40 na km. Mi ono bardzo odpowiadało, niestety po pewnym czasie zauważyłem że Maciek pozostał już dość mocno z tyłu. Szybka kalkulacja co robić, odpuścić i zostać z Maćkiem czy nadal trzymać tempo nadawane przez Darka, choć dziwnie wolne jak na niego, to jednak bardzo mi pasujące. Chwilę się zawahałem, nie mniej jednak zastosowałem się do wcześniejszej rady Trenera, który wskazywał że jeśli będę miał siłę to mogę nieco przyspieszyć. Martwiło mnie jednak że to dopiero 5 km, a ja ustawiłem się już za zawodnikami którzy ewidentnie walczą o 3, 4 i 5 miejsce w kategorii open. Teraz jednak Robert z Michałem byli już dość mocno z przodu, ja natomiast przykleiłem się do pleców Darka i korzystałem z osłony przed ciągłym wiatrem. Sielanka nie trwała jednak dlugo. Po zaledwie kilometrze Darek rzucił okiem w tył i zorientował się że biegnę za nim już tylko ja, natomiast Robert wraz z Michałem stabilnie zwiększają dystans. Dla mnie dotychczasowa prędkość była tą docelową, dla niego "spoczynkową", więc gdy tylko odpoczął po prostu odbiegł, jakby gdyby nigdy nic, bez najmniejszego wysiłku dołączając do biegnącej z przodu dwójki zawodników. Cóż teraz pojawił się w głowie dylemat gonić uciekiniera i dołączyć do całej trójki, walczyć samemu czy zwolnić i poczekać na Maćka aby razem stabilnie dobiec do końca. Na pierwszą opcję nie było szans, chłopaki momentalnie odskakiwali do przodu i gonienie ich pochłonęło by zbyt wiele sił, a do mety nadal została prawie połowa dystansu. Nawet korzystanie z ich osłony przed wiatrem mogło by nie być skuteczne, ponieważ oprócz dołączenia do grupy trzeba jeszcze utrzymać jej tempo, a to już takie łatwe by nie było po wcześniejszej gonitwie. Czekanie również nie było dobrym pomysłem, Maciek także tracił siły biegnąc pod wiatr bez osłony więc ciężko byko stwierdzić jak długo uda mu się utrzymać obecne tempo. Postanowiłem więc biec samotnie stawiając czoła (dosłownie) porywom wiatru, tak długo jak długo będę w stanie. Ze wcześniejszego rekonesansu samochodowego pamiętałem że mniej więcej po około 7,5 km trasa powinna zacząć systematycznie opadać do jeziora Gopło. Z tą myślą biegłem kolejne 2 km, w końcu zawsze lepiej biec pod wiatr ale z górki. Czasami, na długich prostych odcinkach, widziałem jeszcze chen daleko przed sobą, dwóch pierwszych zawodników. Dystans do biegnącyh bezpośrednio przede mną trzech "Kun" na razie się utrzymywał. Czasami nawet udawalo mi się lekko ich podgonić, tylko po to aby za chwilę ponownie mi odskoczyli. W końcu minąłem 7 km, teraz ostatni podbieg i już tylko w dół, pomyślałem. Dystans do Roberta, Michała i Darka ponownie nieco zmalał i niebawem zacząłem nabierać prędkości przekraczając ostatnią górkę. No prawie bo jak się finalnie okazało trasa miała mnie jeszcze lekko zaskoczyć. Tak czy inaczej Panowie również wykorzystali siłę grawitacji i także zaczęli nabierać prędkości. Pędem mieliśmy 8 km i już po chwili wpadliśmy do Połajewa. Tutaj wbrew logice trasa nie prowadziła już drogą asfaltową do jeziora, ale skręcała w kierunku centrum tuż za remizą Ochotniczej Straży Pożarnej. Następnie przebiegliśmy przez centrum wsi, obiegliśmy kościół, notabene całkiem ładny pod względem architektury. Po kilku kolejnych zakrętach skończył się asfalt i wbiegliśmy między pola. Końcowy fragment trasy poprowadzony został droga gruntową, na nasze szczęście dość dobrze ubitą. Niestety buty nie oddawały już tak dobrze energii, tym bardziej że moc moich kroków mocno już spadła względem początkowych kilometrów. Chłopaki przede mną, czując zbliżający się finish ostro docisnęli i ponownie zaczeli uciekać, mi jak zaznaczylem powoli zaczynało brakować pary, a na domiar złego znów zrobiło się lekko pod górkę. O wietrze nawet nie wspominam, ten nadal wiał jak wściekły prosto w twarz, także właśnie pojawiło się to znienawidzone przez biegaczy combo, czyli bieg pod górkę i pod wiatr. Do kompletu brakowało jedynie deszczu, ale spokojnie nie uprzedzajmy faktów. Dobiegając do szczytu wzniesienia wiedziałem że pociąg z napisem Kuna Team właśnie odjechał z peronu na który wpadłem, po prostu chłopaki wzięli i odbiegli. Zobaczyłem tylko jak skrywają się właśnie między drzewami tuż nad jeziorem. W trakcie zbiegu, na delikatnym łuku próbowałem jeszcze lekko rzucić okiem za siebie, ale zobaczyłem jedynie dwie postacie, jedną zbiegając z pagórka a drugą na jego szczycie. Do mety pozostało jeszcze około 800 - 700 m a za mną ktoś właśnie nabierał prędkości. Czas się wziąć w garść. Wiedziałem już że swojej lokaty nie poprawie, ale teraz postanowiłem zawalczyć o utrzymanie 6 miejsca open. Po chwili biegłem już wzdłuż jeziora. Droga zrobiła się nieco bardziej wilgotna ale był to jedynie krótki kawałek. Przebiegłem kładkę znalazłem się na terenie ośrodka wypoczynkowego. Ostatnie metry pokonywaliśmy już po wybrukowanej alejce ośrodka, jeszcze trochę, jeszcze chwila i powinna być meta, no gdzie ona jest. Ledwie już przebierałem nogami wypatrując końcowej bramy niczym zbawienia, tej jednak nigdzie nie było widać, za to mijałem kolejne działki z pięknymi domkami letniskowymi usadowionymi tuż nad wodami jeziora Gopło, bardzo ładna okolica trzeba przyznać. Wracając jednak do poszukiwania mety, już od kilku chwil słyszałem gwarny doping, czułem więc że jestem blisko. W między czasie mijałem kolejnych kibiców oklaskujących biegaczy. Po ich minięciu nasłuchiwałem kiedy zaczną motywować kolejnego zawodnika w stawce. Zdziwiłem się gdy cisza utrzymywała się dłuższy czas, co dawało jasno do zrozumienia że kolejna osoba za mną jest dość daleko. Mimo to nie miałem zamiaru odpuszczać na finiszu. Podczas pokonywania delikatnego łuku w końcu zobaczyłem upragniona metę. Przyspieszyłem na tyle na ile byłem w stanie i wpadłem na ostatnią prostą. Zegar pokazywał czas niewiele ponad 37 min, oznaczało to że mimo tak niesprzyjających warunków powinienem uzyskać czas zbliżony do ustanowionej niedawno w Kwidzyniu życiówki (37:27). Najbardziej jednak cieszyły dwie kwestie, po pierwsze że nie dałem się wyprzedzić na finiszu, a po drugie że na biegałem całkiem przyzwoity czas dla drużyny. Finalnie więc zawody ukończyłem na 6 pozycji open, i jak się okazało 1 w kategorii wiekowej, z czasem 37:21, ponownie wiec poprawiając swoją życiówkę. To już 5 z kolei zawody w trakcie których poprawiam swój rekord życiowy. Generalnie trasa z Piotrkowa do Połajewa, przy dobrych warunkach, sprzyja uzyskiwaniu dobrych wyników. W prawdzie jest kilka górek, nie są one jednak zbyt wysokie, dlatego można uznać ją raczej za dość płaską, a do tego patrząc całościowo na profil trasy mamy tu systematyczny spadek wysokości. Gdyby trafić jeszcze bezwietrzne warunki, spokojnie można by poprawić międzyczasy o kilka sekund na kilometr. Pogoda jednak w tym roku nie rozpieszczała. Gdy mijałem linię mety świeciło piękne słońce, podobnie gdy dołączali do mnie kolejni zawodnicy. Około pół min po mnie bieg ukończył Tomasz Komorowski a chwilę później Maciek. Chłopaki wykręcili świetnie czasy więc teraz czekaliśmy już tylko na pierwszą kobietę. Po kilkunastu sekundach do mety dotarł również Marcin, który jak sam stwierdził potraktował ten stary treningowo. Z każdą kolejną minutą pogoda ulegała jednak zmianie. Słońce ustąpiło miejsca ciemnym, gęstym chmurom i już po chwili zaczęło padać. Deszcz z każda sekundą gęstniał i przybierał na sile, dlatego schroniłem się w namiocie z depozytem. Gdy na metę dotarł Krzysztof Rumiński, ścigając się do końca z dwójką zawodników, padało już solidnie. Za to nieco ponad minutę później, w strugach ulewnego deszczu swój bieg kończyła pierwsza kobieta WKB - Monika Bla uzyskując świetny czas 46:05, a tym samym ustanawiając swój nowy rekord życiowy i zgarniając 3 miejsce open wśród Kobiet - lało jak z cebra. Mało tego z relacji naszych klubowych "Wróbelków" dowiedzieliśmy się że nieco dalej, na trasie deszcz przeszedł dodatkowo w grad. Nie przeszkodziło to jednak w osiągnięciu świetnych wyników Julia Orłowska oraz Paulina Wróblewska (gratulacje nowej życiówki). Dosłownie chwilę po wbiegnięciu na metę Moniki pogoda ponownie się zmieniła i znów zaczęło wychodzić słońce. Po zbiciu licznych piąteczek i gratulacjach poszliśmy zrobić rozbieganie aby jak najszybciej wrócić na zasłużone jedzenie. Jak się jednak okazało konieczne były kupony które zostały w aucie, i całe szczęście. Zdążyliśmy wrócić do samochodu po kartki na kiełbaskę, a tu ponownie zaczęło padać. Początkowo delikatnie ale już po chwili deszcz ponownie nabrał mocy. Postanowiliśmy go przeczekać, co jak się okazało zajęło dość długo. Po deszczu wróciliśmy na festyn i trafiliśmy od razu a rozdanie nagród, które ze względu na okienko pogodowe nieco przyspieszono. Na początek rozdano nagrody open. Wśród mężczyzn trzecie miejsce zajął Michal Pietrzak z Kuna Team, z kolei wśród kobiet na tym samym stopniu podium stanęła Monika Bladoszewska z WKB Maratończyk Włocławek. Kolejne kategorie wiekowe to również liczne nagrody zarówno dla WKB jak i Kuna Team. I tak nasi reprezentanci zajmowali miejsca:
- Julia Orłowska 1 w kategorii
- Krzysztof Rumuński 3 w kategorii
- Stanisław Błaszczak 3 w kategorii
Do tego dorzuciłem również swoje 1 miejsce w kategorii wiekowej, a łączne cała ekipa WKB Maratończyk Włocławek zajęła 2 miejsce w klasyfikacji drużynowej, ustępując jedynie drużynie Kuna Team. W tym miejscu również gratulacje dla dla zwycięzców 👏👏👏. Dodam również że Panowie z Kuna Team zdominowali również kategorię M40 zajmując 1 i 2 miejsca odpowiednio Robert i Darek. Gratulacje 👏👏👍👍👍💪💪💪.
Teraz czas trochę odpocząć i złapać nieco oddechu, dlatego w najbliższy weekend zamieniam trasę Vladislawia Cross na nieco inne ścieżki. Za to w lipcu ponownie mam w planie stanąć na starcie tym razem nieco bardziej złożonych zawodów, ale o tym już niebawem.

Do zobaczenia 😉

Adres

Brodnica
87–300 TO 87–302

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Podróżujące Jagódki umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij