Azja - subiektywne dzienniki z podróży

Azja - subiektywne dzienniki z podróży Relacja z podróży po; Singapur, Malezja, Sri Lanka, Tajlandia, Birma, Wietnam, Laos, Kambodża, Indie

Dzisiaj tylko oglądamy. Nie czytamy. A my sprawdzamy o ile kilogramów mamy za dużo na jutrzejszy lot 😆Mamy tu piękny cza...
23/07/2026

Dzisiaj tylko oglądamy. Nie czytamy. A my sprawdzamy o ile kilogramów mamy za dużo na jutrzejszy lot 😆

Mamy tu piękny czas. Indie nas przyjęły i ugościły najlepiej jak mogły, ale wszystko co przyszło musi odejść, zatem pomału do końca dobiega nasza indyjska przygoda.

Mysore mówię do zobaczenia za rok, a Indiom oby do zobaczenia jeszcze w tym roku! 🙏

Zaczynam doceniać wstawanie o 5 rano. Jadąc ostatnio do miasta zauważyłyśmy, że jest dopiero 11:00, a my byłyśmy już na ...
18/07/2026

Zaczynam doceniać wstawanie o 5 rano. Jadąc ostatnio do miasta zauważyłyśmy, że jest dopiero 11:00, a my byłyśmy już na jodze, zrobiłyśmy pranie, śniadanie i zaliczyłyśmy drzemkę! W poprzedniej konfiguracji zarządzania czasem byłaby już co najmniej 14:00!

Czas leci tu szybko, a życie pięknie nas obdarza. Joga, basen, masaż, warsztaty jogowe i odpoczynek. Dużo odpoczynku. Codzienna praktyka wymaga od nas dbania o ciało, dania mu czasu na regenerację, dobrego jedzenia i zwolnienia tempa.
No ale wiadomo, nie samą praktyką człowiek żyje 😉 Dlatego kiedy nie leżymy to zwiedzamy!

W Mysore i okolicy jest parę miejsc, które warto odwiedzić.
Jednym z nich jest przepiękny Pałac, dawna rezydencja maharadżów z dynastii Wadiyar, którego budowę zakończono w 1912 roku. Piękne kopuły, malowidła ścienne, rzeźbione drzwi, kolorowe witraże, wszystko to robi naprawdę ogromne wrażenie, ale to co mnie zachwyca najbardziej to wielkie stare drzewa i roślinność otaczająca Pałac.

Nieopodal Pałacu znajduje się Devaraja market, ponad 130-letni bazar, gdzie bardzo łatwo zgubić się w alejkach pełnych świeżych, niewiarygodnie pachnących kwiatów, przypraw, kadzideł, olejków, owoców i warzyw. Można tu spędzić zatopionym między stoiskami całe dnie, co oczywiście nie jest dla nas żadnym problemem.

Na uwagę zasługują też ulice, które przemierzamy. Mix totalny codziennego życia, wiszące pranie, uliczni sprzedawcy, dzieci wracające ze szkoły, szalony ruch uliczny z krowami na samym środku jezdni. Kiedy zatrzymasz się w jednym miejscu i obserwujesz, ilość zdarzeń, osób i mogłoby się wydawać chaosu - zdumiewa.

80 km od Mysore jest miasto Bylakuppe będące największą tybetańską osadą na świecie.
Wybraliśmy się tam z Deepakiem, którego poznaliśmy z Purim Bhajim w zeszłym roku. W zasadzie to nasze spotkanie tym razem było dość zabawne, bo jakie jest prawdopodobieństwo spotkania kogoś na ulicy w półtora milionowym mieście w samym centrum, w jednym z najbardziej zatłoczonych miejsc? Jak się okazuje duże!
Deepak zatem został naszym drajverem, a że jest teraz niski sezon i mało turystów, udaje nam się wynegocjować z nim - jak twierdzi - ceny jak dla lokalsów.

Dojazd do Bylakuppe zajął nam 2,5 godziny. Mogłoby się wydawać, że to tylko 80 km, ale nic bardziej mylnego! Pokonywanie odległości w Indiach wymaga czasu i cierpliwości.

Ta tybetańska osada na wygnaniu powstała w 1961 roku, są tu klasztory, świątynie i uniwersytet. Wstęp do Klasztoru Nyingma zwanego też Złotą Świątynią jest bezpłatny i jest to największe centrum nauczania buddyzmu tybetańskiego w linii Nyingma. Poza świątyniami, można tu spotkać mnichów, obserwować ich codzienne życie, są sklepy z pamiątkami. W jednym z nich wielkie uśmiechy wywołuje mnich siedzący za kasą, który w rytmie hitów z lat 2000, w tym m.in Eminema, zabawnie porusza głową i zaokrąglonym ciałkiem.
Na terenie klasztoru jest też restauracja serwująca tybetańskie potrawy, czego oczywiście nie mogłyśmy przegapić - momosy gotowane, smażone, makaron czy zupa raczyły nasze podniebienia.

Odwiedziłyśmy też ogrody Brindavana Gardens, 15 km na północ od Mysore. Niestety brak deszczu daje im się we znaki, zatem moje pierwsze skojarzenie po wejściu na teren pełen roślinności, kwiatów to było - sucho! Dla nas brak deszczu jest dobry, możemy spędzać czas na zewnątrz, zwiedzać i zmoknięcie nam nie straszne, ale dla natury, rolnictwa to duży problem. W stanie Karnataka jest teraz pora deszczowa, ale w Mysore niestety przechodzi bokiem.
Główną atrakcją ogrodu jest muzyczna kolorowa fontanna, która w trakcie naszej wizyty była nieczynna, bo się zepsuła.

Kawałek dalej, bo 20 minut jazdy autem od ogrodów znajduje się Sri Venugopalaswamy Temple - świątynia będąca 80 lat pod wodą. Jej powstanie szacuje się na XII wiek, ale na początku dwudziestego wraz z wioską Kannambadi znalazła się pod wodą z powodu budowy zapory KRS. W latach 2000 świątynia została rozebrana i blok po bloku przeniesiona do obecnej lokalizacji, jakiś kilometr od pierwotnej. Bardzo imponujące przedsięwzięcie.
Wstęp do niej jest bezpłatny, w środku obowiązuje zakaz nagrywania, robienia zdjęć, należy zachować ciszę, co jest skrupulatnie sprawdzane przez wąsatych panów z wielkimi megafonami. Nie mają oni oporów upomnieć nieposłusznych turystów krzycząc, a przy okazji machać parasolką.

Kręcąc się wkoło spotkaliśmy grupę młodzieży nagrywającą rolki do muzyki z bollywoodzkich filmów. Widząc nasze zainteresowanie, od razu zostałyśmy zaproszone do występu z nimi. Choreografia była dość prosta, a symbole związane z sercem sugerowały, że film ten musi być filmem o miłości.

Tuk-tuki w Mysore są ciut mniejsze niż te w Tiru, ale nie było to dla nas przeszkodą, aby w stylu indyjskiej rodziny wpa...
13/07/2026

Tuk-tuki w Mysore są ciut mniejsze niż te w Tiru, ale nie było to dla nas przeszkodą, aby w stylu indyjskiej rodziny wpakować się tam w cztery z wielkimi plecakami.
Aplikacja Uber pokazała 78 rupii, otaczający nas panowie chcieli 300. Widząc, że wybieramy aplikację, jeden z nich zaproponował 200, a po chwili 150. Deal, jedziemy! Na tył weszłyśmy w trzy i bagaże, z przodu obok kierowcy uczyć się trąbić usiadła Ania i tak ruszyłyśmy do dzielnicy Gokulam.

Pan kierowca z bardzo dobrym angielskim pytał o nasz pobyt, opowiadał nam o Mysore, w szczególności z czego słynie (joga, pałac, olejek z czarnego jaśminu, szafranu i jedwab), a na komplement od Ani, że super mówi w języku Szekspira - czego nasza English teacher nie mogła do tej pory powiedzieć o innych mieszkańcach tego kraju - tak się ucieszył, że zadzwonił do żony i kazał Ani głośno to powtórzyć. Oczywiście nie przeszkadzało mu to w kierowaniu tuk-tukiem jedną ręką na super ruchliwej ulicy, trąbiąc, być obtrąbionym i wciąż z uśmiechem zagadywać nas i umilać drogę. To są właśnie Indie!

Pod nasz tymczasowy dom dojechałyśmy o 18:30.

Mieszkamy dokładnie w tym samym miejscu, gdzie byłam z Purim Bhajim w listopadzie. Całe piętro domu, który mógłby w końcu przejść remont jest nasze, zatem naprawdę można poczuć się jak u siebie.

Dzielnica Gokulam to taka planeta Ashtangi Jogi. Kiedy w 1948 roku Pattabhi Jois wówczas w malutkim pokoju w Lakshmipuram w Mysore otworzył pierwszą shalę - tak w Indiach nazywa się studio jogi - i zaczął nauczać tego stylu, zapewne nie spodziewał się, że stanie się on tak sławny i rozleje po całym świecie. To właśnie tam, w tym małym pokoiku zaczęli praktykować pierwsi uczniowie z zachodu (m.in Andre Van Lysebth, David Williams, Nancy Gilgoff), a następnie zabierać tą praktykę ze sobą, niosąc ją dalej po świecie. Dzięki temu stała się ona bardzo popularna, a do Mysore zaczęło przyjeżdżać coraz więcej osób z zachodu i całego świata chcąc uczyć się od samego gurudżi - jak nazywano Pattabhi Joisa.

W 2002 roku Jois przeniósł się wraz z rodziną do dzielnicy Gokulam, gdzie powstała nowa, większa przestrzeń. W 2008 roku zmarł, a kontynuowanie prowadzenia szkoły, nauczanie i podtrzymywanie tradycyjnego przekazu tej praktyki przejął jego najbardziej oddany uczeń i wnuk Sharat Jois. Instytut zmienił też wówczas nazwę z KPJAYI (K. Pattabhi Jois Ashtanga Yoga Institute) na SYC (Sharat Yoga Center).
W 2024 roku w listopadzie Sharat niespodziewanie zmarł, co było dużym szokiem dla całej jogowej społeczności na świecie. Obecnie szkoła znajduje się 10 km od Gokulam, a zajęcia prowadzą tam córka Pathabi Joisa Saraswathi oraz jej córka, a jego wnuczka Sharmila, przy wsparciu najbliższych uczniów, którzy przyjeżdżają sezonowo do Mysore z całego świata.
W gronie tym jest też nasz nauczyciel pochodzący z Mysore, Shrikantha Srinivasu, który był blisko związany z Sharatem. Poza zajęciami w SYC prowadzi też swoją shalę, dosłownie ulicę obok słynnego domu Joisów w Gokulam.

Na zajęcia do niego chodzimy codziennie o 6 rano, zatem już o 5 dzwoni budzik. Nie jestem poranną osobą, ale tu jakoś nie jest to dla mnie aż tak wymagającą aktywnością. W Tiru na dachu praktykowało nam się dość trudno, po długiej podróży, w wysokiej temperaturze nasze ciała nie były chętne do praktyki. Pierwszy poranek w Sadhana Shala - tak nazywa się studio Shrikanty - był doskonały, pełne skupienie, głęboki, spokojny oddech i ciało, które odpowiadało lekkością i elastycznością na zadany mu ruch. Na pewno jest to też zasługa temperatury, która w Mysore jest znacznie niższa niż w Tiruvannamalai i to o jakieś 10 stopni! Trochę za to pada, ale krótko i niezbyt obficie.
Zatem na razie pora deszczowa na południu Indii nam nie straszna, a wręcz jest przyjemniej niż jak byłam tu w listopadzie!

Dzielnica nasza jest dość nowoczesna i odbiega od tradycyjnej ulicy indyjskiej. Jest tu czysto, zabudowa jest niska w stylu willowym, są restauracje serwujące poza indyjskim jedzeniem także zachodnie smaki, kawiarnie z prawdziwą kawą z ekspresu, oczywiście trąbią, są krowy, ale za to większość piesków na ulicy ma obroże i jest zadbana. Takie Indie po upgrejdzie 😉

Dzielnica ta dzięki Joisom stała się kolebką jogi, jest tu dużo miejsc gdzie można praktykować nie tylko ashtangę, ale także hatha jogę, są miejsca związane z ajurwedą, masaże, lekarze ajurwedyjscy, kąpiele w dźwiękach, zajęcia pranajamy, sanskrytu i wszystko czego jogini zapragną.

Długo i niemalże bezsennie, ale za to spokojnie, bezproblemowo i we wspaniałej atmosferze dotarłyśmy do celu. Pierwszy n...
10/07/2026

Długo i niemalże bezsennie, ale za to spokojnie, bezproblemowo i we wspaniałej atmosferze dotarłyśmy do celu.

Pierwszy nasz przystanek to lotnisko w Stambule, które wciąż mnie zachwyca, dokładnie tak, jak kiedy byłam tam po raz pierwszy w 2019 roku, pół roku po jego otwarciu. Gigantyczne, nowoczesne, ze sklepami topowych światowych marek, restauracjami i super leżankami w poczekalniach, na których spędziłyśmy trochę czasu czekając na lot do Mumbaju. Do tego totalny mix ludzi z całego świata. Na żadnym lotnisku, na którym do tej pory byłam, nie widziałam takiej różnorodności narodowościowej.
Następnie przywitał nas Mumbaj. Wciąż duszny, śmierdzący, a w porze monsunowej szary i zalany deszczem. To miasto to chyba mój największy indyjski challenge.

Immigration i odbiór bagaży poszedł nam sprawnie i szybko, a zmiana terminala z drugiego - międzynarodowego na którym wylądowaliśmy - na pierwszy, z którego są loty krajowe - okazała się łatwiejsza niż doświadczyłam tego do tej pory. Z trudnym do rozszyfrowania angielskim, młoda kobieta na stanowisku linii IndiGo poinformowała nas, że możemy odprawić się i nadać nasze bagaże już teraz i nie musimy tarabanić się z nimi na oddalony 15 minut drogi lotniskowym autobusem terminal. Przy takim poziomie zmęczenia, wiadomość ta wywołała duże poruszenie w naszej jogowej grupie, a nawet okrzyk radości.

Do Bangalore dotarłyśmy z prawie 2 godzinnym opóźnieniem i małym problemem z lądowaniem. Przy pierwszym podejściu wydawało nam się, że nasz pilot jeszcze tego nigdy nie robił, bo zamiast wylądować musnął ziemię i odbił samolot ponownie w górę! Na szczęście po okrążeniu lotniska, przy drugim podejściu pokazał, że jednak wie co robi i z gracją i delikatnością posadził Airbusa A321neo na płycie lotniska.

Pomimo dużego opóźnienia nasz umówiony jeszcze w Polsce kierowca cierpliwie czekał i bezpiecznie zawiózł nas do Tiruvannamalai. Osiem tysięcy rupii kosztował nas taki prywatny transport czyli 320 zł. I była to nasza ostatnia prosta - 200 km i 5h jazdy. Na indyjskiej drodze nic się nie zmieniło, ulice dwupasmowe stają się nagle trzy pasmowymi, a trzypasmowe nawet pięcio. Każdy jedzie jak ma na to ochotę, pod prąd, bez świateł, kierunków, oczywiście głośno, a 4 osoby na skuterze nikogo nie dziwią.

Do Tiruvannamalai dotarłyśmy po 22:00. Nasz gospodarz Balaji już na nas czekał i mimo później pory, zdążyłyśmy jeszcze skoczyć na masala dosa. Ach uwielbiam tego placka z mąki z soczewicy z nadzieniem ziemniaczanym. Po tylu godzinach podróży (wyruszyłyśmy w sobotę po północy) - ten indyjski placek, popity świeżym sokiem z mango, smakował jak najwykwintniejsze danie świata.

Zanim pojedziemy do Mysore, lądujemy w aśramie u Ramany Maharishi.
Poranna, spokojna praktyka na dachu domu, gdzie mieszkamy, medytacja w aśramie który mamy 5 minut spacerem od domu, a potem testowanie tego na głośnych indyjskich ulicach. Spokojny umysł to spokojne ciało, a to z kolei powoduje, że 10 pytań o tuk tuka w ciągu 5 minut, za wysoka cena za mango czy atak małpy, która kradnie Ci butelkę wody nie wywołuje żadnych negatywnych emocji. Po prostu życie się dzieje i jest to dla Ciebie ok.

W Tiru nic się nie zmieniło od kiedy byłam tu w listopadzie zeszłego roku. Może z wyjątkiem mniejszej ilości turystów, co widać np. w świątyni Arunachaleswarar, gdzie nie czeka się w gigantycznej kolejce, aby wejść do środka, no i większego ciepła. Temperatura sięga ponad 35 stopni, ale odczuwalna jest ponad 40. W południe trudno wytrzymać na zewnątrz, dlatego na tarasie na praktyce jogi jesteśmy już o 6 rano. Często nieśmiało towarzyszy nam wiewiórka, gołąb, czasami sąsiad akurat naprawia coś na dachu - przypadek 😉, a w oddali widać i słychać spacerującego pawia.

Temperatura też nie sprzyjała Giripradakszinie, czyli pielgrzymce w koło świętej góry Arunachala. W tradycji hinduistycznej góra ta jest uważana za manifestację Śivy. Ramana mówił, że jest ona żywą manifestacją absolutnej rzeczywistości, dlatego samo przebywanie już w jej pobliżu daje nam spokój umysłu, a okrążenie jej w ciszy i skupieniu ma przybliżyć nas do poznania naszej prawdziwej natury.
Pokonuje się ją boso, idąc zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, cała trasa liczy 14 km. Słońce, nagrzany asfalt i temperatura wygrały i po 5 km zdecydowałyśmy się pokonać resztę trasy komfortowo, łapiąc tuk-tuka 😊 Balaji sugerował, abyśmy wyruszyly o 3 nad ranem, wtedy o tej porze roku można tą trasę pokonać nieinwazyjnie, bo na zewnątrz jest tylko jakieś 26 stopni, ale nie posłuchałyśmy.

Nasz tamilski kierowca nie mówił co prawda po angielsku, ale tak bardzo był przejęty czterema turystkami, że zatrzymywał trójkołowca przy ważnych pomnikach i miejscach i z powagą mówił tylko jedno słowo: photo. Widząc, że robimy zdjęcie, kiwał charakterystycznie dla tego narodu głową i z dumą jechał dalej.

Wczoraj po trzech dniach opuszczałyśmy Tiruvannamalai. O 9:30 załadowałyśmy wszystkie bagaże do tuk-tuka i pojechałyśmy na dworzec autobusowy. Niemalże od razu złapałyśmy autobus do Bangalore. 888 rupii czyli 35 złotych polskich - tyle kosztowały nas cztery bilety. Sześć godzin, w naturalnej klimatyzacji, podskokach, że ledwo widziałam litery w książce i z 20 minutową przerwą na lunch, trwał dojazd do stolicy stanu Karnataka. Kiedy dojechaliśmy na dworzec Satellite, autobus do Mysore już stał gotowy do odjazdu. Tym razem klimatyzowany, nieco nowszy, a bilet za jedną joginkę kosztował 400 rupii czyli niespełna 16 zł.
Do stolicy ashtanga jogi dojechałyśmy o 18:30. I właśnie Mysore jest głównym celem tej podróży.

Jak wygląda pora deszczowa w Indiach?Czas się przekonać 😄 Będąc w listopadzie w Mysore zamarzyłam, żeby wrócić tu tylko ...
04/07/2026

Jak wygląda pora deszczowa w Indiach?

Czas się przekonać 😄

Będąc w listopadzie w Mysore zamarzyłam, żeby wrócić tu tylko na praktykę, aby cały czas i uwagę móc kierowac tylko na jogę. Dziś to marzenie się realizuje. Od północy jesteśmy w drodze. Najpierw do Warszawy, następnie mały postój w Stambule, rano w niedzielę wylądujemy w Mumbaju, skąd polecimy na południe do Bangalore i jeszcze dalej na południe.
Długo i męcząco, ale z jaką radością i wdzięcznością! 😄🙏

Co przyniesie życie w tej przygodzie? Nie mogę się doczekać, aby sprawdzić. 🤸‍♂️💫

Indie uczą cierpliwości. I niby to wiem, ale ponownie przekonałam się o tym czekając na autobus do Mysore.Nasza gospodyn...
07/11/2025

Indie uczą cierpliwości. I niby to wiem, ale ponownie przekonałam się o tym czekając na autobus do Mysore.

Nasza gospodyni pozwoliła nam wymeldować się później, przez co po 15:00 wyszliśmy z naszego domku w ogrodzie przy plaży, a nie o 11:00 jak powinniśmy zgodnie z regulaminem. Niestety nie było Jej w domu, zatem nie mamy pożegnalnego foto.
Złapaliśmy autobus do Alleppey, zjedliśmy obiadokolację i już dwie godziny przed czasem byliśmy na dworcu. Było już ciemno, ale sam dworzec, mimo że straszy starością, nawet był znośny. Dość zorganizowany, pozamiatany, nie było żebraków, bezdomnych psów. Dało się żyć. Tyle, że już ciemno.

Nie lubię chodzić w Indiach jak jest ciemno. Głównie dlatego, że ulice są mało oświetlone, jest dużo psów i ogólnie orientacja w terenie spada. W Marari, gdzie mieszkaliśmy przy plaży, po 18:00, po zachodzie słońca robiło się totalnie czarno. Bez latarki nie ma szans, aby się poruszać. Nic nie widzisz. NIC. Dlatego kiedy wybiła 20:30, a naszego autobusu nie było, a potem 20:45, 21:00, 21:30 zaczęłam zastanawiać się jaki scenariusz nas czeka....

Station Master - jak głosił napis na plakietce - czyli szef dworca z charakterystycznym indyjskim wąsem, przez cały czas bardzo zajęty i średnio chętny do pomocy, w tych okolicznościach wyszedł nawet ze swojego biura i w obstawie dwóch kolegów zaczął szukać sposobu, aby namierzyć nasz autobus. Alleluja! Przed 22:00 podjechał dwupiętrowy bardzo ładny i nowoczesny autokar. Miejsca były nadzwyczaj wygodne, fotele rozkładane do pozycji prawie leżącej, a nad nimi - na piętrze - łóżka. Chłopak z obsługi nawet zaoferował nam zmianę miejsc na leżące, ale odmówiliśmy. Kiedy ruszyliśmy okazało się to być dobrą decyzją, bo kierowca nasz okazał się być niespełnionym rajdowcem.

Do Mysore dotarliśmy około 10:00 rano.

Mieszkamy w dzielnicy Gokulam, która jest taką małą planetą ashtanga jogi. Znajduje się tu przede wszystkim shala - bo tak w Indiach nazywa się studia do jogi - K. Pattabhi Joisa, mekka dla wszystkich ashtangowców. Istna świątynia, miejsce niemalże święte. Nie ukrywam zatem wzruszenia jakie mnie dopadło i niepojęta radość z samego faktu bycia tuż obok. Poza tym jest tu dużo szkół jogi, medytacji, ajurwedyjskich sklepów, masaży, knajpek zrobionych w stylu zachodnim, kawiarni i białych turystów chodzących z matami, a to w jedną, a to w drugą stronę.
Dzielnica ta jest bardzo ładna, willowa, zielona, pod oknem mamy park, gdzie obserwujemy jak po ścieżce w koło parku codziennie kilometry przemierzają nasi sąsiedzi, a analogicznie za nimi całe gangi psów. Pod płotem i na uliczkach między domami pasą się krowy, jest tu dość spokojnie i tak domowo.

Dom nasz ma 4 pokoje, każdy z łazienką, ogólnie dostępną kuchnię, mini salon, taras, i najważniejsze co ludzkość wynalazła czyli pralkę! Poza nami mieszka tu chłopak z Francji, który przyjechał uczyć się masażu i raz widzieliśmy parkę Indusów. Poza tym czujemy się jakbyśmy mieli ten dom na wyłączność. Właściciele mieszkają w domu obok. Doskonale!

Od centrum dzieli nas jakieś 6 km, ale w aplikacji Uber tuk tuki są tak tanie, że aż płacimy ich kierowcom więcej, bo nam głupio tyle co aplikacja pokazuje - że poruszamy się w zasadzie tylko nimi. Średnio od 30 do 70 rupii czyli 1,5 - 3 zł.

Samo miasto jest dość zielone, dużo tu starych drzew, kolonialnych budynków, są kościoły, świątynie hinduistyczne, meczety, jest piękny i wypasiony pałac z końca XIX i początku XX wieku, w którym spędziliśmy trochę czasu. Zbudowany w stylu indo-saraceńskim z elementami hinduskimi, islamskimi, radżpuckimi i gotyckimi prezentuje się naprawdę zacnie. Wstęp dla nas 1000 rupii od osoby - 42 zł. W środku podziwiać można piękne wnętrza zdobione rzeźbionymi sufitami, witraże, pozłacane filary, rzeźbione drzwi, złoty tron, obrazy i inne elementy z tamtego okresu.

Byliśmy też w muzeum kolei. Fajnie zorganizowana przestrzeń na zewnątrz ze starymi lokomotywami, wagonami, muzeum, gdzie są stare kolejowe eksponaty, znaczki pocztowe z koleją itp. W cenie biletu można się też przejechać ciuchcią w koło muzeum, czego oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić.

Zwiedziliśmy też ryneczki - to jest coś co Indie mają super zorganizowane. Ogromne tereny podzielone tematycznie na chyba wszystkie możliwe działy. Od kwiatów, gdzie zapach powalał z nóg, przez owoce i warzywa, gdzie kolory mieniły nam się w oczach, przyprawy, kadzidła, noże, garnki, ubrania itd. Na rynkach można spędzać całe dnie, klimat tu jest niesamowity.

Auto, cztery pociągi, trzy samoloty, autobus, metro, łódź i tuk tuk - tyle pojazdów wiozło nas od piątku po popołudniu d...
28/10/2025

Auto, cztery pociągi, trzy samoloty, autobus, metro, łódź i tuk tuk - tyle pojazdów wiozło nas od piątku po popołudniu do niedzieli do Fort Kochi, gdzie obecnie jesteśmy. Długo, ale cało i z uśmiechami dotarliśmy do Gloria Homestay.

Nie wiele ponad siedmiogodzinny lot LOT-em minął bardzo przyjemnie, a na pewno fajniej niż poprzedni Finair. Jedzenie ok, obsługa bardzo sympatyczna, fajna oferta filmów i zdecydowanie więcej miejsca na nogi i ułożenie ciała niż u fińskiego przewoźnika. Zatem polecam skorzystać.

W Mumbaju byliśmy o 3 nad ranem, kolejka do Immigration - gdzie sprawdzają wizę, biorą odciski palców, a i czasem wypytają bardzo wnikliwie o pobyt w kraju - przerosła nawet oczekujących w niej Indusów. Dłużyło się potwornie, a ludzi tylko przybywało. Lot wewnętrzny do Kochin mieliśmy o 8:50, ale zmiana terminala z drugiego na pierwszy, gdzie dostaliśmy się darmowym autobusem lotniskowym, następnie stanie w kolejce, aby ponownie wejść na lotnisko, a potem do oddania bagaży (Indigo w cenie biletu mają bagaż rejestrowany do 15kg) i kontrola bezpieczeństwa zajęło tak długo, że na boarding czekaliśmy tylko niecałą godzinę!

W Indiach, aby wejść na lotnisko trzeba mieć boarding pass lub wydrukowany bilet. Jak nie lecisz, nie ma potrzeby, abyś wchodził do środka. Zatem kolejki przed lotniskiem są spore, każdy musi zeskanować kartę pokładową lub okazać bilet, do tego paszport, a Pan w mundurze wszystko skrupulatnie sprawdza. Coś się nie zgadza, bramka nie otworzy się i na lotnisko nie wejdziesz. Do tego Indusi często podróżują z wielkimi tobołami, więc dłuży się to jeszcze bardziej. Stojąc w kolejce przypomniałam sobie jak ważne jest pilnowanie swojego miejsca i uważność, aby nie pojawiła się chociaż mała wolna przestrzeń, bo w mgnieniu oka, ktoś wepcha się przede mną. Z tym wpychaniem się też jest zabawnie, bo często osoby, które to robią, zachowują się jakby Cię w ogóle nie widziały, po czym kiedy spojrzysz na nie i chcesz już coś powiedzieć np. Pan tu nie stał! uśmiechają się i mają takie wielkie zdziwione oczy jakbyś nagle wyskoczył spod ziemi i nie ma możliwości, żeby widzieli Cię wcześniej. Taką właśnie minę miał Pan wpychający się przede mną do informacji na lotnisku.

Transfer mieliśmy w Bangalore, skąd po godzince byliśmy już w Kochin. Z lotniska do Fort Kochi można wziąć taxę od 1300 - 1800 rupii (55 -75zł) lub transport miejski łącznie za 15 zł... Tak, wzięliśmy miejski 😄
Najpierw jechaliśmy autobusem za 160 rupii, który w 40 minut spod lotniska zawiózł nas pod stację metra Aluva. Stąd za 100 rupii kupiliśmy bilety i 16 przystanków dalej wysiedliśmy na Maharaja's College. Przeszliśmy 10 minut i byliśmy na przystani łodzi miejskich Ernakulam, gdzie za 12 rupii płynęliśmy 15 minut stateczkiem na wyspę Fort Kochi. Stąd do homestay podjechaliśmy tuk tukiem, który chciał od nas tylko 70 rupii! Bardzo sprawnie i płynnie nam to poszło.

I tu zaczynają się moje pierwsze wrażenia z tego miejsca. Po pierwsze w drodze na łódkę nikt, ale to nikt nas nie zaczepił. Dwójki białych turystów z plecakami nie zaczepił żaden mijany tuk tuk!!! Nikt nas nie zapytał czy nas podwieźć NIKT. Po dotarciu do Fort Kochi cena jaką usłyszeliśmy za dowiezienie nas na miejsce była 70 rupii! Strzelałabym 300 wyjściowa i targowanie do 200. Niesamowite zaskoczenie.

Jesteśmy w stanie Kerala na południowym - zachodzie Indii. Wciąż trwająca pora deszczowa i padający deszcz sprawiają, że wszechobecna tu zieleń jest mega intensywna i mega zielona. Już z samolotu widziałam całą paletę odcieni tego koloru. Wygląda to pięknie. Małe uliczki całe otulone palmami, kwiatami – wiele z nich mamy w naszych domach w doniczkach, tu rosną ich całe kolonie, roślinności jest tu ogrom na każdym kroku. Zabudowa jest niska i często kolorowa. Kolonialne budynki - portugalskie, holenderskie i brytyjskie, którzy to kolejno kolonizowali to miejsce - nadają fotogeniczności i karmią oko. Często znajdują się w nich hotele, restauracje z typowymi dla tego regionu potrawami, kawiarnie, sklepy z rękodziełami, antykami, jedwabiem i galerie. Świątynie hinduskie są, ale liczebnością ustąpiły miejsca kościołom katolickim, których jest tu sporo, a także protestanckim, są też meczety, synagoga i w ogóle cała dzielnica żydowska. Miejsce, gdzie pierwotnie został pochowany Vasco da Gama czyli Kościół św. Franciszka, deptak nadmorski ze słynnymi sieciami chińskimi czyli sieciami rybackimi mające swą tradycję w XV wieku i wciąż używane tu do połowu. Są też pozostałości fortu portugalskiego, dzielnica arabska, trochę bezdomnych pieseczków, kotów, kozy, ale już mające właścicieli, jest bardzo wyspiarsko i czuję się jakbym była na Sri Lance!

Adres

Słupsk
Pomorskie

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Azja - subiektywne dzienniki z podróży umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij