Wilniuk na wszystkich kontynentach

Wilniuk na wszystkich kontynentach Garść zdjęć i relacji z podróży — małych i dużych — Aleksandra Radczenko

05/09/2026
NICEA 2026To w jaki sposób odbieramy zwiedzany kraj lub miasto, paradoksalnie, najmniej zależy od obiektywnej liczby zab...
31/08/2026

NICEA 2026
To w jaki sposób odbieramy zwiedzany kraj lub miasto, paradoksalnie, najmniej zależy od obiektywnej liczby zabytków i atrakcji tego miejsca. Na nasz odbiór wpływ mają przede wszystkim problemy z transportem, spotkani oszuści, jakość i cena hoteli, pogoda… Właśnie dlatego spodobał mi się np. Luksemburg, a Nicea – nie. W Luksemburgu bowiem pogoda dopisała, mieszkałem w dobrym hotelu, a w Nicei płaciłem za wszystko sam, mieszkałem w dosyć obskurnym i cholernie drogim (118 euro za noc!) hoteliku „Trocadero” przy dworcu kolejowym, w dzielnicy zdominowanej przez Arabów i Chińczyków, gdy ruszyłem zwiedzać miasto rozszalała się burza, a dodatkowo, jak już miałem lecieć do Paryża, okazało się, że nigdzie nie polecę.
Najpierw EasyJet powiadomił, że zmienił samolot na mniejszy i szuka ochotników, którzy za 300 euro zrezygnują z lotu. Nawet się zastanawiałem, żeby wziąć tę ofertę, ale postanowiłem, że bardziej mi zależy na szybkim spotkaniu z rodziną (z tego m.in. powodu wybrałem lot do Paryża, a nie pociąg TGV; zresztą ceny biletów były identyczne). Gdy już dojechałem na lotnisko, EasyJet przysłał SMSa, że lot… odwołano. Dowiedziałem się też, że mam radzić sobie sam, bo nie mają żadnych wolnych miejsc na innych swoich lotach do Paryża ani dziś, ani jutro, ani pojutrze.
Biję się w pierś – niepotrzebnie spanikowałem i kupiłem lot kolejnymi tanimi liniami Transavia, który miał się odbyć za trzy godziny. Już nie za 80 tylko 300 euro! Gdy jednak spróbowałem odprawić się online, okazało się, że na pokładzie nie ma wolnych miejsc. Moje nastroje jeszcze bardziej się pogorszyły, ale postanowiłem czekać na odprawę lotniskową i spróbować być pierwszym przy okienku (a nuż znajdzie się dla mnie wolny fotel!). Po godzinie jednak terminal 2, na którym czekałem, ewakuowano… z powodu alarmu bombowego! Gdy już wszystko wróciłem do normy, stałem w kolejce do okienka jako… przedostatni. Long story shortly – kartę pokładową dostałem, ale Transavia ogłosiła, że z przyczyn technicznych lot się opóźnia o godzinę. Po godzinie - że się opóźnia o kolejną godzinę. Ostatecznie do Paryża trafiłem, ale nie, Nicea mi się nie spodobała, choć ją zwiedziłem dosyć pobieżnie 😊
Prognoza pogody zapowiadała deszcz i burze, więc ruszyłem na miasto wcześnie rano, przed ósmą jeszcze. Szeroką Avenue Jean Medecin do pięknego Placu Massena. Po zwiedzeniu tego miejsca - na wschód Promenadą Paillon, pod którą płynie rzeka o tej samej nazwie. Po lewej piękny park z fontannami, po prawej rząd kamienic szczelnie zasłaniających Stare Miasto. Tą drogą miałem zamiar dojść do Placu Garibaldiego, kolejnego ważnego miejsca na mapie miasta. Jednak zaczął padać coraz bardziej upierdliwy deszcz, więc w połowie drogi skręciłem w prawo i wszedłem na Stare Miasto, główny punkt mojej wycieczki.
W Starej Nicei można łatwo zabłądzić w gąszczu wąskich uliczek wypełnionych restauracjami, kwiaciarniami, sklepikami i galeriami lokalnych artystów, ale tylko idąc tam, gdzie „nogi niosą” czujesz klimat tego miejsca. Trafiłem pod Katedrę, następnie na plac Sprawiedliwości, minąłem Operę i kilka zabytkowych kościołów. Lało już jak z wiadra (lub cebra; kto jak woli😊). Przemoczony do ostatniej suchej nitki, z wodą chlupiącą w butach, musiałem zdecydować, czy teraz iść na Wzgórze Zamkowe w Nicei (na którym nie ma zamku!) czy jednak od razu się udać na spacer słynną Promenadą Anglików. Sił już raczej mało, więc idę na promenadę. I deszcz się kończy! Znów jest ciepło i słonecznie, promenada błyszczy w Słońcu. Docieram przed Pomnik Stulecia z rzeźbą Nike na wysokim cokole i idę nabrzeżem aż do hotelu le Negresco. Zauważam, że na horyzoncie znów się kłębią czarne deszczowe chmury, więc wracam na plac Massena. Robią ostatnie fotki i biegnę do hotelu, żeby wysuszyć ubrania i buty suszarka do włosów, za nim się skończy doba hotelowa 😊

LAYOVER W OSLOW Norwegii byłem po raz pierwszy piętnaście lat temu. Zwiedziłem wówczas jej piękną Północ (od Nordkappu p...
26/08/2026

LAYOVER W OSLO
W Norwegii byłem po raz pierwszy piętnaście lat temu. Zwiedziłem wówczas jej piękną Północ (od Nordkappu po Narwik). Tym razem w drodze powrotnej z Paryża Skyscanner, w ramach idiotycznej polityki więcej lotów = taniej, poprowadził mnie do Wilna przez Oslo. Miałem wiec kilka godzin na zwiedzenie stolicy Norwegii. Po francuskich upałach, chaosie i brudzie – Norwegia to przyjemna różnica. Już na pokładzie Norwegian poczułem skandynawski porządek, nowoczesność i spokój. Lotnisko Oslo Gardermoen rónież robi wrażenie przejrzystością, nowoczesnością, spokojem I czystością. Co prawda wybór pociągu, którym się dojeżdża do centralnej stacji kolejowej Oslo S jest nieco tricky. Bo są dwie możliwości express lotniskowy Flytoget oraz regionalny, dwa razy tańszy (ale to nadal 12 euro – welcome to Norway!)pociąg Vy. Odjeżdżają z różnych torów, które trudno znaleźć. I bilety kupuje się w różnych automatach. Trochę więc się nabiegałem za nim zrozumiałem dokąd mam iść. Ale ostatecznie po pół godziny siedziałem już w Vy w drodze do Oslo. A po kolejnych 25 minutach byłem na miejscu.
W Oslo poszło już jak z łatka. Najpierw udałem się do Operahuset. Nowoczesnej bryły norweskiego teatru opery i baletu. Leżący nad fiordem ultranowoczesny gmach robi spore wrażenie, ale co ciekawsze można na niego… wejść pochyłym dachem i napawać się widokami stolicy Norwegii. Wszędzie mnóstwo ludzi siedzących na improwizowanych betonowych stopniach, jedzących kanapki. I mnóstwo tłustych i odważnych mew.
Zrobiłem kółko wokół Operahuset. Obejrzałem – z braku czasu tylko z zewnątrz – nowoczesny budynek muzeum „Munch”. Po czym aplikacja Google Maps poprowadziła mnie w kierunku twierdzy Akershus festning. Jest naprawdę ogromna i trudna do sfotografowania. Za to roztacza się stamtąd ładny widok na fiord oraz miasto.
Czas goni więc wracam do ścisłego centrum, żeby obejrzeć Katedrę (Oslo domkirke). Następnie wracam na dworzec kolejowy Karl Johans gate - najsłynniejszą ulicą handlową i spacerową. I tylko na niej spotykam tłumy. Poza nią i okolicami dworca Oslo sprawia wrażenie pustego, zielonego i pokojowego. Niesamowicie przyjemna odmiana po tłumach i chaosie Paryża. I bardzo przypomina moje ukochane Wilno.
Zaledwie kilka godzin, lokalna IPA za trzynaście euro (sic!) i hot dog za osiem, ale to był naprawdę bardzo przyjemny layover. Chętnie do Oslo wrócę przy jakiejś kolejnej okazji!

Nie zgadzam się praktycznie z niczym na tej liście :)Według mnie:Plaże - Seszele, o wiele ciekawsze i piękniejsze, a i k...
21/08/2026

Nie zgadzam się praktycznie z niczym na tej liście :)
Według mnie:
Plaże - Seszele, o wiele ciekawsze i piękniejsze, a i kraj ma więcej do zaoferowania;
Zabytki - Grecja może być, ale ja bym wybrał Włochy;
Safari i dzika przyroda -Zimbabwe/Zambia/Botswana - każdy z tych krajów ciekawszy od Kenii;
Pustynia - Sahara Zachodnia (chyba że to ją ukryto pod nazwą "Maroko" :));
Góry - Boliwia;
Lodowce - Antarktyda albo (bliżej, choć niewiele taniej:)) Islandia;
Zwiedzanie wysp - Palau;
Zamki - Szkocja może być, ale polecam także... Łotwę;
Świątynie - północna Etiopia, tajskie nie zrobiły na mnie wrażenia;
Szok kulturowy - południowa Etiopia (Mursi i inne plemiona z doliny rzeki Omo);
Kuchnia - Tajlandia;
Nowoczesność i bogactwo - Katar (bardziej niż Dubaj, choć Dubaj też ocieka złotem:));
Parki Narodowe - Namibia;
Monumentalne budowle - Egipt;
Tradycja i technokogia - Singapur.

TALLIN PO RAZ KOLEJNY – TYM RAZEM RAZEM Z MARIĄWielokrotnie pisałem, że Tallin to jedno z moich ulubionych miast na świe...
17/08/2026

TALLIN PO RAZ KOLEJNY – TYM RAZEM RAZEM Z MARIĄ

Wielokrotnie pisałem, że Tallin to jedno z moich ulubionych miast na świecie. Po raz pierwszy trafiłem do stolicy Estonii dokładnie przed 30 latami, w sierpniu 1996 roku. A przed tygodniem odwiedziłem go już po raz piąty, ale tym razem był dla mnie szczególny – po raz pierwszy odkrywałem go razem z Żoną.

Początkowo Tallin Maria miała zwiedzać samodzielnie, a ja dojechać autobusem na Saaremę i tam się z nią spotkać. Jednak się okazało, że teniej (że nie wspomne o oszczędności czasu!) jest polecieć Wizzairem do Tallina, a stamtąd autobusem do Kurassare niż autobusem z Wilna bezpośrednio do stolicy dawnej Ozylii.

W ciągu kilku godzin przeszliśmy przez najpiękniejsze zakątki miasta: od Bramy Viru i klimatycznego Pasażu św. Katarzyny, przez Plac Ratuszowy, zahaczając oczywiście o najstarszą apteke w Europie, aż po średniowieczne fortyfikacje w Kiek in de Kök i niezwykłe zbiory Muzeum Niguliste.

Nie zabrakło też współczesnego oblicza Tallina – spaceru wśród murali i industrialnych przestrzeni Telliskivi Creative City oraz nowoczesnego Rotermann Quarter.

Kilka godzin, kilka kilometrów i mnóstwo wrażeń. Dla mnie – piąty Tallin, dla Marii – pierwszy. I chyba właśnie dlatego ten pobyt zapamiętam szczególnie.

KOLEJNY POWRÓT DO KATARUPisałem już kiedyś, że lubię Katar. I lubię Qatar Airways, jedne z najlepszych linii lotniczych ...
03/05/2026

KOLEJNY POWRÓT DO KATARU

Pisałem już kiedyś, że lubię Katar. I lubię Qatar Airways, jedne z najlepszych linii lotniczych na świecie. Wielokrotnie leciałem nimi przez Dohę i prawie zawsze miałem czas na zwiedzenie miasta lub jego okolicy. Nie inaczej było i tym razem. Co prawda do Tanzanii lecieliśmy Oman Air przez Stambuł i Maskat (i jeśli chodzi o linie lotnicze była to jedna z najgorszych podróży w moim życiu), to z Arushy do Warszawy wracaliśmy już Qatar Airways. Muszę jednak przyznać, że dało się zauważyć, że nawet Qatar Airways zaczynają na wielu rzeczach oszczędzać. Posiłki już nie są tak wypasione, choć nadal pasażerowie dostają metalowe sztućce i do woli alkoholu. Nie ma wielu dodatków. Oferta pokładowej rozrywki również jakaś uboższa, a samoloty – starsze.
W Dosze mieliśmy z Marią blisko 10 godzin pomiędzy lotami i nie bardzo wiedzieliśmy co w tym czasie zrobić. Na szczęście przypadkowo znalazłem kontakt na dawnego znajomego z Wilna, Łukasza Mikielewicza, który od kilku lat mieszka w Katarze. I Łukasz wspaniałomyślnie zaproponował, że zrobi nam krótką wycieczkę po mieście.
Lotnisko w Dosze jest olbrzymie, przejście od samolotu do wyjścia na miasto zajęło nam ponad godzinę! Ale jest też jednym z najlepiej zorganizowanych lotnisk na świecie. Kontrola paszportowa, kontrola bagaży – wszystko sprawnie i bezboleśnie. Wszędzie są kierunkowskazy i mnóstwo personelu, który ci pomaga w każdej sprawie. Ba, ponieważ trafiliśmy na okres Ramadanu – załapaliśmy się nawet na bezpłatny poczęstunek, zorganizowany przez administracje lotniska dla wszystkich potrzebujących!
Rejs Uberem do „katarskiego Pakistanu” kosztował nas około 8 euro (ceny taksówek czy jedzenia w Katarze są, w mojej ocenie, nieco tańsze niż w Wilnie i porównywalne do warszawskich). Wrzucamy nasze walizki do auta Łukasza i jedziemy przez cale miasto na Pearl Island, sztuczną wyspę usypaną przez Katarczyków i zabudowaną hotelami, kawiarniami, apartamentowcami i luksusowymi sklepami. Byłem na Pearl Island w 2020 roku, ale Maria jest tu po raz pierwszy. Jest przyjemnie, wiosennie, spacerujemy uliczkami nad kanałami „katarskiej Wenecji”, przyglądamy się luksusowym jachtom zacumowanym w marinie Port Arabia. Na Pearl Island na czas Ramadanu stworzono coś na wzór naszych bożonarodzeniowych jarmarków, ale 19ta czy nawet 20ta to chyba za wczesna pora na Katarczyków. Niewiele tu się dzieje. Jest cicho i pusto.
Jedziemy więc na drugą stronę zatoki, żeby zjeść kolację w jednej z niezliczonych knajpek, „Karak Mahil”, w okolicach Muzeum Kultury Islamskiej z widokiem na wieżowce West Bay. W czasie Ramadanu nie uświadczysz w Dosze alkoholu, nawet w knajpach, które mają licencje na jego sprzedaż. Ale pyszny sok z mango oraz herbata karak smakują równie dobrze jak piwo czy wino. No i towarzystwo spasionych, rozleniwionych i nie bojących się nikogo kotów, których jest tu mnóstwo! Rozmawiamy o Tanzanii – do której Łukasz ma zamiar wyjechać „za chlebem” – i Katarze. Tym razem już bez różowych okularów. Doha – to wygodne miasto. I bezpieczne. Nasze bagaże leżą w salonie auta na parkingu, a Łukasz nie tylko samochodu nie zamknął, ale nawet nie zabrał kluczyków ze stacyjki. „W Dosze nie kradną” – kwituje nasze zaskoczenie. Brzmi jak utopia, choć w rzeczywistości jest namiastką państwa policyjnego. Tu każdy Twój krok od chwili przekroczenia granicy jest śledzony przez dziesiątki tysięcy kamer wideo. Rozmawiamy też o zbliżającej się wojnie. Jest 22 lutego i napięcie wisi w powietrzu. USA ściąga do Zatoki Perskiej lotniskowce. Łukasz trochę bagatelizuje zagrożenie, ja jednak cieszę się, że trafiliśmy tu przed wojną, a nie w czasie wojny. Mam rację. USA i Izrael uderzają w Iran 6 dni później. W odpowiedzi Iran bombarduje amerykańskich sojuszników w świecie arabskim, miedzy innymi Katar. Loty są zawieszane, tysiące pasażerów Qatar Airways, Emirates, Air Arabia uwięzionych na lotniskach w Bangkoku, Manili, Dosze, Dubaju. Koczują bez dachu nad głową i bez szansy na odszkodowanie, bo wojna to siła wyższa. Mamy szczęście, bo gdybyśmy wybrali w podróż do Tanzanii tydzień później, czekałby nas ten sam kos.
Tymczasem o 23ej wracamy na lotnisko. Mamy jeszcze czas na obejrzenie ogromnego tropikalnego ogrodu, zrobienie ostatnich zakupów i chwilę odpoczynku przed lotem. Do Warszawy docieramy o 7ej nad ranem.

Endereço

Funchal

Website

Notificações

Seja o primeiro a receber as novidades e deixe-nos enviar-lhe um email quando Wilniuk na wszystkich kontynentach publica notícias e promoções. O seu endereço de email não será utilizado para qualquer outro propósito, e pode cancelar a subscrição a qualquer momento.

Entre Em Contato Com O Negócio

Envie uma mensagem para Wilniuk na wszystkich kontynentach:

Atalhos

Compartilhar